Zupełnie nowy kontrakt

codziennie

Postanowienia z 15 dnia lutego. Rysować. Przynajmniej godzinę dziennie. Codziennie. Dla wyrobienia ręki, dla pozbycia się tego dokuczliwego poczucia, że każdy mój rysunek jest ostatni i to nie dlatego, że w godzinę po jego wykonaniu zamierzam odebrać sobie życie, ale dlatego, że zdolności pojmuję instynktownie jako złoże surowca naturalnego, który się może wyczerpać. Za każdym razem, kiedy siadam przed pustą kartką, czuję się tak, jakby mi ktoś powiedział ‘a teraz lataj, Sa, unieś się w powietrzu’. Kiedy zaś oglądam swoje stare prace, podejrzewam, że mój rozwój twórczy przebiega na wstecznym biegu i wyboistą drogą pod górę. Kiedyś rysowałam lepiej. Wyglądałam lepiej. Niebo było bardziej niebieskie.

Postanowienie drugie podobne jest do pierwszego, ale odnosi się do pisania. Każdego dnia, bez względu na to, czy jestem w Łodzi czy w Warszawie i czy jest mroczna niedziela czy wtorek – potworek, powinnam siadać do kompa z faszystowskim poczuciem obowiązku, tak jak siadają do fortepianu uczniowie szkół muzycznych, i pisać. 3000 znaków dziennie. Raz już narzucałam sobie takie zobowiązanie i Bóg mi świadkiem, przez kilka miesięcy go przestrzegałam, dzięki czemu zdarzało mi się produkować kawałki pełnej wdzięku i bardzo wytwornej prozy o niczym. Umówmy się, prawdopodobieństwo tego, że napiszę kiedyś książkę, która rzuci na kolana świat literacki (okej, a nawet jakąkolwiek książkę, książeczki się nie liczą), jest bliskie zeru, i co więcej, żaden z moich aktualnych wykazów marzeń takiego punktu nie obejmuje. Nie znaczy to jednak, że mam odmawiać sobie narcystycznej przyjemności opisywania swojego życia dzień po dniu. W okresach, kiedy śpię wystarczająco długo, wychodzi mi to na tyle dobrze, że moje własne życie zaczyna wydawać mi się fascynujące. Ten jeden powód można by uznać za wystarczający, a jeśli nawet nie, to po kieszeniach trzymam dwadzieścia innych, równie efektownych.

Postanowienie trzecie odnosi się do sfery cielesnej i określa czas, jaki powinnam spędzać na dworze, najlepiej z cielakiem. Godzinę dziennie, codziennie. Nie zamierzam wdawać się w szczegółowe uzasadnienia.

Godzinę dziennie powinnam także czytać. Ostatnio umówiłam się ze sobą na czytanie jednej książki w tygodniu, ale jako że po Mantel mam w kolejce Cesarza Wszech Chorób, nie zanosi się na wypełnienie zobowiązania. Myślę nad renegocjacją kontraktu – zamiast na książki, będę umawiać się ze sobą na strony (300 stron przemamlanych w tygodniu byłoby wynikiem zadowalającym).

Księgowy w mojej głowie nerwowo drapie się po jajach, przygotowując wyliczenie. Osiem godzin w pracy, trzy godziny dojazdów, godzina malowania rzęs i siedem godzin snu dają w sumie dziewiętnaście godzin w dupie i pięć godzin wolnego. Czytanie zaliczamy w autobusach, odpada, w dalszym ciągu pozostaje pięć godzin. Pies, pisanie i rysowanie dają razem jakieś cztery godziny. Godzinę mamy gratis na rozmowy z matką, kupowanie torebek, narzekanie na nieznośną lekkość bytu, rozdrapywanie własnych kompleksów, robienie zdjęć, picie kawy, siedzenie z nogami na kolanach P. i branie na ręce kotów. W razie konieczności dawkę snu można stopniowo zmniejszać aż do wyczerpania zapasów.

4 Thoughts.

    • OMG. Dostaję komentarze tak rzadko, że za każdym razem spadają mi kapcie. Ktoś czyta mojego bloga:D

Comments are closed.