Ziemia obiecana

Skończyłam wczoraj o 13 i poczułam się jak więzień wypuszczony na wolność. Pojechałam do hotelu, zostawiłam rzeczy, stwierdzając przy okazji, że pokój, który mi przydzielono, nie został posprzątany, a na łóżku poniewiera się pościel, w której musiały spać nosorożce z zoo. Zeszłam na dół, zamieniłam pokój, zjadłam obiad, wyszłam. Przez trzy godziny wałęsałam się po Łodzi, błądziłam, robiłam zdjęcia, patrzyłam w okna, starając się rozwiązać zagadkę tego, dlaczego to miasto, odkąd tylko zaczęłam do niego przyjeżdżać, przypomina mi limbo. To jak wziąć duży kawał Pragi Północ – tej z wyszczerzonymi bramami i gołymi murami, dołożyć do tego kilka niedziel z Otwocka, gdzie po chodnikach poniewierają się wyłącznie poruszane wiatrem białe siatki, i nasączyć to wszystko skondensowaną melancholią najwyższej jakości. Szerokie, puste ulice, prastare lepianki wyrastające spomiędzy wysokich kamienic, zapomniane tak bardzo, że aż zachowane przy życiu, zaśniedziałe okna i wąskie jak tunele bramy, na ich końcach światło dnia. Do tego dziwne, na wpół cygańskie dzieci i dziewczyny w obcisłych dżinsach, z czarnymi kreskami na dolnej powiece, z papierosami w ustach, z szarymi odrostami, dziewczyny rozmawiające ze sobą na przystankach o zmarnowanym życiu. Dziewczyny, które są ode mnie młodsze o połowę, a jednocześnie starsze o całą epokę, wystawione przez los i przez chłopaków z łysymi głowami.