Zamiast ciuchowego

Kiedy zastanawiam się nad tym, dlaczego nigdy nie udało mi się zrealizować projektu pod hasłem blog z ciuchami, dochodzę do wniosku, że wrodzony brak konsekwencji, deficyt pięknych plenerów i niechęć do własnych zdjęć nie mają na to wpływu tak wielkiego jak uzależnienie od ciuchów, mój rozszalały szafoholizm i odzieżowe rozpasanie. Ależ skąd, Sa, moglibyście powiedzieć. Uzależnienie od ciuchów jest wszak warunkiem sine qua non prowadzenia ciuchowego bloga, czyż nie? Prawdopodobnie tak. W moim przypadku jednak funkcją głębokiego szafoholizmu jest przekonanie, że blog z ciuchami byłby dla mnie tym, czym dla alkoholika mógłby być, dajmy na to, blog z  butelkami.

Ciuchowe zakupy to jest dla mnie perwersyjna, sekretna przyjemność, którą potrafię dzielić wyłącznie sama ze sobą. Kupuję w samotności i nie potrafię inaczej. Przeżywam wówczas stan podobny do transu, a myśl o tym, że ktoś mógłby być świadkiem mojej poniewierki, napawa mnie przerażeniem, dlatego nigdy, ale to nigdy nie pokazuję nikomu tego, co kupiłam, nie chwalę się, nie wyciągam, nie demonstruję, o mój Boże, to byłoby upokarzające. Kiedy wracam do domu z Otwocka (w zeszłą sobotę urządziłam sobie taki właśnie perwersyjny odpust), wszystkie siateczki i worki chowam na dnie szafy, upycham je w różnych miejscach, zwijam w rulony i zamykam w biurku. Czasami wstydzę się tak bardzo, że zostawiam te ciuchy gdzieś indziej, w pracy, w przedpokoju, w garażu, na balkonie. Gdybym miała samochód, byłby on zawsze po brzegi wypełniony ciuchami. Czasami myślę nawet o wynajęciu gdzieś blisko mieszkania, które służyłoby mi jako sekretna nora, jedna wielka kryjówka na nowe ciuchy.

I co, miałabym to teraz wyciągać, fotografować, pokazywać ludziom? Szczycić się swoim uzależnieniem, demonstrować wszem wobec dowody rozpasania? Przyczyny, dla których nie mam nowej podłogi, nowej łazienki ani nawet nowej szafy, w której mogłabym cały ten majdan trzymać (cztery mierzące trzy metry wysokości szafy wnękowe po Cesarzowej zapchały się w okolicy 2010 roku).

W sumie dlaczego nie. Może wtedy właśnie owo rozpasanie nabrałoby sensu i zostało raz na zawsze zalegalizowane przez moją wewnętrzną ciotkę, która krytykuje wszystko, co tylko sprawia mi frajdę.