Za włosy

Zauważyłam wczoraj, że również blog należy do dziedziny rzeczy, które z automatu wyłączam, kiedy zapominam o sobie, i za którymi tęsknię potem w sposób niemożebny. Banał jest taki, że mam jedno życie i jeśli przebimbam, przepłaczę, przepuszczę przez palce kolejny dzień lata, kolejny chłodny ranek, kolejne niedzielne popołudnie, nigdy nie dostanę go z powrotem. Nie odkupię go sobie, nie zamówię jeszcze raz, nie odtworzę na ripleju. Wszystko jest tu od razu na czysto, od razu na gotowo bez kopii zapasowej, nie ma mowy o tym, że cofnę się i wstawię przecinki, kiedy zobaczę całość.

Gdybym nadal umiała, napisałabym o tym wiersz.

Kiedyś pisałam wiersze. Gdyby zapytać P., pamiętałby te czasy i powiedziałby pewnie, że za nimi tęskni. Teraz chuj, nie potrafię. Jestem robotem, wyłączyłam w sobie wiele funkcji, które nadwerężały baterie, a nie przynosiły bezpośrednich korzyści. Nie piszę więc wierszy ani ich nie czytam, nie piszę nawet swojego płaskiego, wstydliwego dzienniczka w wordzie, a ostatnie notatki tkwią w jednym z komputerów, których nie używam, odcięte od świata przez brak monitora. Nie piszę maili do K., bo nie wiem, co miałabym powiedzieć poza tym, że jestem zmęczona. Jestem wilczycą, potworem z Loch Ness, jestem dryfującą krą, a na śniadanie jem w tramwaju suchą bułkę. Czasami jest mi tak bardzo, bardzo źle. To źle jest jak plama na obrusie, rośnie, zatacza kręgi, trzyma mnie za nogi tak mocno, że każdy mój dzień jest jak wyścig w worku, który kończy się tak, jak można się spodziewać.

Dawniej, kiedy byłam małym kotkiem, pomagało mi wypisywanie rzeczy złych i strasznych. Pisałam długie listy sama do siebie i punkt po punkcie podsuwałam sobie rozwiązania, jak baron Munchausen wyciągając się za włosy z rozlicznych czarnych bagien. Teraz nie mam siły. Próbowałam. Otworzyłam czarny notes i siedziałam nad białą kartką przez długie minuty. Nie umiem napisać, co jest źle, nie potrafię się zdiagnozować, a co za tym idzie – nie potrafię także sobie pomóc, przegonić swoich smoków, zrestartować systemu.

Próbowałam sobie to nawet wyobrazić. Moje smutne gołe ciało tkwiące w czarnej zupie złożonej z niskich pobudek, drobnych zawiści, śliskich korzeni obsesji i kompleksów, wygładzonych już przez czas jak drobne otoczaki. Przy samym dnie kwitną glony –  to żal, zły i nieuleczalny, trujący żal za tym, co mi się nie udało, co mi się rozminęło, pomyliło, za tym, co schrzaniłam, co straciłam i za tym, czego nie mogłam stracić, bo nie dostałam tego nawet od samej siebie.

Staję więc nad swoim smutnym ciałem taka, jaka zawsze chciałam być. Piękna, dzielna i mądra, nieustraszona i z umytymi włosami, w granatowej sukience, z czerwoną szminką na ustach. Staję nad swoim ciałem, łapię je pod ramiona i ciągnę do góry z całej siły, jak wtedy, kiedy wyjmowałam z wanny wykąpanego psa. Moje ciało nie protestuje, ponieważ jest bardzo zmęczone. Wyjęte z wody wygląda jak tłusta ryba, patrzy na mnie obojętnie niebieskimi oczami. Wlokę je na słońce, zmywam z nóg resztki żalu, wyplątuję z włosów kompleksy, wytrząsam smutek jak piasek z uszu. Kładę swoje ciało na ziemi, pochylam się nad nim i całuję je w usta, a ono powoli, bardzo powoli staje się mną tak, że nie ma już nas dwóch, tylko ta jedna, nieustraszona i piękna.

Ta, która zawsze wie, co zrobić, i nie zapomina zapłacić za telefon.

Hell, yeah!