Z kanistrem benzyny

Od czasu do czasu, w najstraszniejszych snach, powraca do mnie moja podstawówka. Szara tysiąclatka na Grochowie, z boiskiem, ze śmietnikiem, za którym złe dzieciaki jarały pety, z ponurą przebieralnią w piwnicy, z salą gimnastyczną śmierdzącą trampkami, z prysznicami jak komory gazowe, z przeraźliwym dzwonkiem i z szatniami przypominającymi klatki. Moja piekielna podstawówka miała hymn zawierający słowa „na nasz sztandar przyrzekamy sławić imię murów twych, tobie przecież zawdzięczamy wszystko, co umiemy dziś”. Te słowa, podobnie jak cała szkoła, wryły mi się w głowę jak mentalna dziara i czasami myślę, że całe moje kuku na muniu, moje neurotyczne koleiny, moje nocne koszmary, moje strachy i demony z tej właśnie podstawówki czerpią życiowe soki. Przez osiem lat edukacji wpojono mi nie tylko nazwy przypadków w języku polskim, datę wybuchu powstania listopadowego, styczniowego oraz warszawskiego, intencje przyświecające Mickiewiczowi piszącemu Pana Tadeusza, ale i kilka innych rzeczy. Do dziś pamiętam na przykład to, że:

Jeśli nie nauczysz się szyć, nigdy nie znajdziesz męża” (cytat za panią od zetpetów, do dziś pamiętam jej wielką tlenioną fryzurę) oraz „Twój mąż będzie się z ciebie śmiał, jeśli nie będziesz umiała obierać ziemniaków!”. Nie przejęłam się tym zbytnio, ponieważ nawet w wieku dziesięciu czy jedenastu lat czułam, że w tych klockach niezupełnie o szycie (ani o kartofelki) chodzi. Mimo to zajście pamiętam doskonale i przysięgam, że gdyby moja córka przyszła do mnie i powiedziała, że takim tekstem ją w szkole poczęstowano, zabrałabym bachora do domu i chuj, edukowała sama.

Nieco później, nadal w podstawówce, poznałam kolejny zestaw prawd, które tym razem odnosiły się do relacji pomiędzy osobniczym wyglądem a wartością wewnętrzną człowieka. Motto było takie: jak się będziesz malowała, to ludzie pomyślą, że masz pstro w głowie (pani od matematyki). Jak na złość, zaczęłam się malować w okolicy czternastego roku życia i robię to do dziś. Jakimś cudem puder w kremie nie wyżarł mi wszystkich komórek w mózgu i mam wrażenie, że ludzie na ogół zdają sobie z tego sprawę.

Wśród podstaw oświecenia, jakiego dostąpiłam w słodkim dziecięctwie, nie brakowało także lekcji damsko-męskich: „dziewczynka nigdy nie powinna zaczepiać chłopca, ponieważ on nie będzie jej szanował” – pani od matematyki (o, biedna, biedna kobieto!) i hicior – „ja wiem, że ty masz rację, ale dziewczynka powinna dla świętego spokoju przytaknąć chłopcu, żeby się nie kłócić” – pani od zetpetów. Przypominam, że do podstawówki chodziłam na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, a nie w dziewiętnastym wieku, i na warszawskim Grochowie, a nie w miejscowości Iksowo w powiecie iksieckim na zasypanej śniegiem granicy polsko-mongolskiej, gdzie sołtysem jest foka.

Od zawsze uważałam, że dorośli, którzy mówią, że „znów chcieliby chodzić do szkoły”, mają galopującą sklerozę. Gdybym sama miała tam wrócić, to z kanistrem benzyny.