Wtorek po południu

Kiedy jest mi źle, kiedy jestem zmęczona i ciężka, a moje skrzydła leżą pod łóżkiem zawinięte w gazety, odmawiam sobie wszystkiego, co sprawia mi przyjemność. Jakbym chciała zaszantażować los, powiedzieć mu widzisz, nie to nie. Jakbym chciała samą siebie ukarać, jakby nie wypadało mi okazywać dobroci samej sobie, używać perfum, malować ust, kupować piosenek Nicka Cave’a na ajfonie, czytać badziewnych książek, uśmiechać się do przypadkowo napotkanych mężczyzn, mając nadzieję, że podobam im się choć w części tak jak 10 lat temu. Jakby w samoumartwianiu się tkwił jakiś perwersyjny heroizm, jakby to był jakiś sposób, jakby to była droga, która dokądkolwiek prowadzi.

Postanowiłam zostać dawcą szpiku, i kiedy tylko zrobię wszystko, co jest pod tym względem do zrobienia, będę lansować się z tym tak dotkliwie, że spadną wam gacie. Czuję, że taka jest moja powinność wobec sensu wszechrzeczy, że mogę w jakimś stopniu zrównoważyć tą deklaracją  inną swoją deklarację – tę, w której nie wyrażam chęci przekazywania daru życia w bardziej konwencjonalny sposób.

Jest tyle rzeczy, o których muszę napisać. Moja dzielna matka, która wpada w histerię na widok szerszenia, a gdy świat spada jej na głowę, podnosi się i otrzepuje kolana. Moje nowe rysunki, moje nowe plany, mój nowy aerobik, po którym endorfiny zalewają mnie tak, że mam ochotę śpiewać. Moje postanowienia, znaleziska na etsy, nowe odkrycia w dziedzinie malowania. Mój nowy dentysta, moje nowe sny, moja nowa, stara, codziennie z zachwytem odkrywana miłość, która jest jak schron atomowy przeciwko wszystkiemu. Miłość, w której chronię się nawet przed sobą samą.