W paszczy

Kiedy byłam mała, za wszelką cenę chciałam dorosnąć. Ludzie dookoła kręcili głowami i mówili mi „Nie chciej być dorosła, jak będziesz dorosła, to będziesz chciała być mała”. Podczas gdy dorastałam, oni wymierali, padali jeden po drugim – Cesarzowa, dziadek Rysiek, dziadek Bauman, wujek Adolf, ciotka Zocha, ciotka Stacha, która miała nie po kolei w głowie, wszyscy są już od lat zimni, sztywni, od dawna pięć metrów pod ziemią.

Nie został nikt, do kogo mogłabym podejść i powiedzieć „zrobiliście mnie w chuja”.

Mam żal, ponieważ, będąc dzieckiem, prawie im uwierzyłam. Zacisnęłam zęby i z roku na rok myślałam „oho, teraz się zacznie”. Myślałam tak, kończąc 18 lat, a potem 20, 25, 30 i tak dalej.  Czekałam pod stołem na każde urodziny, zastanawiając się, czy to już – czy już chciałabym być z powrotem dzieckiem, czy może jeszcze nie.

I powiadam wam: nie, nie, nie, nie, nie.

Bycie dzieckiem, nawet ukochanym-wymizianym-na piedestale postawionym-wszystkomającym-problemów-niesprawiającym i świetnie -rokującym dzieckiem, jakim byłam, jest do dupy. To jest koszmar, który czasami powraca i śni mi się raz przy razie, który mnie ściga i prześladuje. Niech ci, którzy uważają, że chcieliby być znów dziećmi, spróbują się w to pobawić, można na przykład w pracy. Korpo jest do tego znakomitą scenerią, bo korpo, to, jak na mój gust, prawie podstawówka.

 Wyobraźcie więc sobie, że szef odpytuje was z realizacji waszego projektu przy wszystkich. I że wśród tych wszystkich znajduje się pięciu fagasów, którzy, podczas gdy odpowiadacie, komentują wasze majtki. Wyobraźcie sobie, że oto musicie przy wszystkich robić przysiady i pompki, a na pracowej gazetce, zaraz przy ekspresie do kawy, znajdujecie rano anonimową informację na temat własnego prowadzenia się. Albo informację o tym, co kto by wam wsadził i gdzie wypisaną na ścianie. Wyobraźcie sobie, że wasz szef odczytuje na głos fragmenty waszego projektu i komentuje je w drwiący sposób (swoją drogą, to się chyba zdarza), albo że w razie niestosownego zachowania wasi rodzice dostają informacje w rodzaju „Sa siedziała cały dzień z pudełkiem na głowie i twierdziła, że tylko w ten sposób może się skoncentrować”. Wyobraźcie sobie wreszcie, że raz do roku jesteście, wraz z resztą firmy, komisyjnie mierzeni i ważeni, oraz  że informacja o waszej wadze natychmiast trafia do wiadomości publicznej i jest żywo komentowana przez nieprzebierających w słowach współpracowników. Jak dla mnie to wisienka na torcie. I cukier puder po wierzchu.

Wyobraźcie sobie także, że nie możecie kupić tego, co chcecie, ponieważ jest to niepraktyczne, brzydkie, niestosowne, a poza tym macie już coś takiego. A kiedy chcecie to kupić, musicie powiedzieć, ile pieniędzy na to potrzebujecie i znieść upokarzające próby kupienia wam tego samego, tylko połowę taniej. Wyobraźcie sobie, że nie możecie mieć swojego konta w banku, swojej karty kredytowej ani słodkich tajemnic zakończonych trzema zerami, ponieważ ktoś daje wam pieniądze i lubi wiedzieć, czy wydajecie je zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. Wyobraźcie sobie wreszcie, że ktoś ośmiela się was do czegoś namawiać. Albo przekonywać. Albo wiedzieć lepiej. Albo organizować wam czas wolny nie tak, jak byście sobie tego życzyli. Dla waszego zdrowia, szczęścia i przyszłej pomyślności.

Wyobraźcie sobie wreszcie, że jeśli zdarzy wam się fakap miesiąca – wsio ryba – babol na okładce, nietrafiony zakup, tekst, który wygląda, jakby napisał go wasz sobowtór bez mózgu, wyobraźcie sobie, że jeśli zdarzy wam się coś, o czym najchętniej zapomnielibyście na resztę życia, musicie powiedzieć o tym w domu. Wytłumaczyć się jakoś. Przedstawić w jakimś świetle, zanim dom sam się o tym dowie z zebrania dla rodziców. To wszystko razem, i każde z osobna, to jest, jak dla mnie, straszne.

Jeśli dodać do tego jeszcze wszystko, co dziecko sobie wyobraża, dopowiada i dedukuje, straszność robi się już piętrowa. Kiedy byłam mała, bałam się na przykład cmentarzy, ponieważ wierzyłam, że trupy leżą na nich bez opakowania, posypane piaskiem. Bałam się powiedzieć moim rodzicom, że nie wierzę w „taki psi szpital, do którego poszedł Berek”, i żeby przestali robić ze mnie debila. Bałam się powiedzieć, że mam przepuklinę, ponieważ wierzyłam, że to jest właśnie rak. Bałam się powiedzieć, że przez cały czas boję się wszystkiego, co przede mną ukrywają, i co ma związek ze śmiercią kur, gęsi, psów, dziadka Ryśka.

Przysięgam, że tamten strach był stokroć gorszy, stokroć bardziej dotkliwy niż moje dzisiejsze strachy, zaczepione – jak by nie było –  wciąż o te same gwoździe, zrobione – jak by nie było – z tego samego tworzywa. Tamten strach miał bowiem śliską podszewkę w postaci przekonania, że kiedy dorosnę, to dopiero zobaczę. Wtedy dopiero poczuję. Wtedy dopiero się zacznie. Dorosłość otworzy na mnie swoją wielką paszczę i połknie mnie całą, w butach i skarpetkach.

No więc otworzyła paszczę, a ja weszłam do środka z własnej woli.  Podziwiam widoki. Przesyłam pozdrowienia. Fajnie jest, tak na ogół.