Ustalenia

W poniedziałek, jeszcze przed USG oraz zaplanowaną po nim nieprzyzwoicie i wszechstronnie kosztowną wizytą u lekarza, wzięłam żółtą kartkę i wypisałam to, co będę robiła (i co robić przestanę), kiedy okaże się, że wszystko jest, jak zawsze, w znakomitym porządku. Nie dlatego, że denerwowałam się bardziej niż zwykle, ale dlatego, że tworzenie takich list jest jednym z moich ulubionych rytuałów – robiłam taką listę przed każdą sesją na studiach, a później przed każdym wydarzeniem, którego cień był tak długi, że całkowicie zakrywał codzienne problemy, takie jak waga, cera albo na przykład debet. Robiąc takie listy, czułam się zawsze tak, jakbym próbowała przekupić los, powiedzieć mu „no dobra, dałeś mi nauczkę, teraz już na pewno nie będę przejmować się tym, że nie zdążyłam, nie zapłaciłam, jadłam węglowodany po godzinie dziewiętnastej”. Taka lista to kwit do lepszego życia, w którym jesteś bardziej uważna i prawdopodobnie mądrzejsza. Takie jest przynajmniej założenie.

Kiedy się czegoś boję (a jeśli się nakręcę, to przykro mi, boję się całkiem serio), nie chcę niczego ponad to, żeby było normalnie. Tęsknię za tym „normalnie” tak bardzo, że czasami wydaje mi się, że całe moje nakręcanie się, to vodoo, które praktykuję na sobie, cała ta neurotyczna twórczość ma tylko jeden cel – ma sprawić, żeby ulga, którą odczuwam później (kiedy banalne USG jest ok, kiedy P wraca cały z jakichś swoich eskapad – tak, boję się o niego za każdym razem, kiedy wyjeżdża), była jak mentalny orgazm. To umysłowa masturbacja, która ma prowadzić do tego, aby codzienność wraz ze wszystkimi jej usterkami (waga, cera, debet), wydawała mi się stanem błogosławionym, największym szczęściem, rajem odzyskanym.

Oczywiście, to może na pierwszy rzut oka wydawać się pokrętne. Zrozumienie przychodzi łatwiej, jeśli pamięta się fragment z Forresta Gumpa:

Kiedy myślisz, że gorzej już być nie może, zacznij się walić deską po nodze. Zobaczysz jaką poczujesz ulgę, gdy przestaniesz.

*

Na ostatniej mojej liście znalazły się punkty takie jak:

Będę codziennie długo głaskać psa, pisać ile dam radę, czytać, ile dam radę, pić poranną kawę, patrząc na świerki za oknem i na pewno, ale to na pewno nie będę zamartwiać się niczym, co ma związek z życiem innych ludzi, jak również niczym, co nie prowadzi bezpośrednio do śmierci.

Idąc później z Egmontu na Łucką (20 minut, 2 km wzdłuż granic warszawskiego getta, gdzie oddychając, wciągasz w płuca dybuka, a stężenie duchów w powietrzu przekracza unijne normy), myślałam o wszystkich innych żółtych kartkach, które zapisywałam dawniej podobnymi ustaleniami. Większość z nich pozostawała w mocy przez trzy dni, góra tydzień.