Uprzejmość

Nie wiem, czy zauważyliście, że terror, poza wszystkimi swoimi rzucającymi się w oczy odmianami, ma również postać utajoną, pełzającą i zamaskowaną. Postać ta nazywa się UPRZEJMOŚĆ. Wobec uprzejmości jestem bezradna jak ślepy miot. Uprzejmość mnie nokautuje i zwala na kolana, a osoby, które są dla mnie uprzejme bardziej niż to wynika ze zdefiniowanej w mej własnej głowie konieczności, uważam za podejrzane. Tak właśnie ma się sprawa z Angshu, wiecie, z fcetem, u którego od jakiegoś czasu zamawiam torebki.

No dobra, właśnie nie zamawiam.

Ostatnie zamówienie to miał być Święty Graal w dziedzinie torebek, to miała być torebka, po której nie kupiłabym już żadnej innej, w życiu, a przynajmniej w tym roku. Miała być prosta, wielka, miodowa, z kieszenią na środku. Taka, która mogłaby stać się częścią mnie i wraz ze mną się starzeć, taka, o jakiej zawsze marzyłam, i za żadne skarby nie mogłam znaleźć nigdzie i za żadną cenę (a za Świętego Graala zapłaciłabym DUŻO, o ho ho).

Dostałam to, co dostaję od losu zawsze, kiedy spełnia się jedno z moich marzeń: karykaturę.

Zamówiłam tę torebkę specjalnie do pracy, żeby podniosła mnie na duchu w chwili, kiedy nie będę wiedziała, jak się nazywam, ani też co tu robię. Kiedy przyszła, położyłam ją na biurku i przez trzy godziny, jakie pozostały do siedemnastej, delektowałam się widokiem nierozpakowanej paczki, w której spoczywało zwieńczenie moich poszukiwań i spełnienie marzeń. Kiedy wreszcie mogłam wyjść, zabrałam paczkę ze sobą i otworzyłam ją dopiero w 111. Otworzyłam, o ba. Zrobiłam dziurę w folii DHL, zajrzałam do środka, wsadziłam tam nos, po czym miałam ochotę zakleić wszystko z powrotem i zgubić gdzieś po drodze.

Kolor nie ten. Faktura nie ta. Skóra jakaś taka jakby z ceraty. Zapach taki jakiś nie teges, źle, źle zawsze i wszędzie, ta nić sama się przędzie. Kolejne wielkie marzenie, które spełnia się tak, że nie ma co podnosić.

A wiecie, co jest w tym wszystkim najlepsze? Moja recenzja. Nie ma w niej ani słowa o porażce, są za to cztery gwiazdki i adnotacja: torebka została dostarczona tak szybko, że trudno uwierzyć w to, jaką drogę przebyła.

Prosiłam i błagałam. Angshu, jeśli nie masz takiej skóry, o jaką mi chodzi, nie spiesz się – jestem królową czasu i mogę pozwolić sobie na rozkosz oczekiwania, na prywatny adwent, który każdego dnia będzie napełniał mnie po brzegi nową radością. Bo męska rzecz, być daleko, a kobieca wiernie czekać (również na torebkę). Ale nie. Na każdy mój mail odpowiadał swoim, napisanym nienaganną angielszczyzną pełną rezerwy oraz grzecznościowych formuł, których uczyłam się w liceum. Wiało z tych maili dobrymi manierami i chłodem, który ścinał mój entuzjazm tak jak pierwszy jesienny przymrozek ścina liście rododendronów. Była w tych mailach uprzejmość, którą zostałam sterroryzowana.

No bo jak żyć.

Uprzejmość wydzielana w nadmiarze, taka wykwintna uprzejmość wiąże ręce, plącze nogi, o taką uprzejmość człowiek się potyka i zęby sobie wybija. Potrafię sprzeciwić się chamstwu, prostactwu, arogancji i setce innych gryzmołów, za pomocą których ludzie dorysowują wielkie fiuty do swoich małych ego. Gdybym dostała choćby źdźbło zniecierpliwienia, okruch niegrzeczności, zadrę lekceważenia, mogłabym, trzymając to w dłoni jak oręż, napisać, co myślę o torebce. A tak – ni chu chu, ni w ząb, ni cholery. Wbrew sobie i wbrew obiektywnym, do rosołu rozebranym faktom piszę, że wszystko dobrze, tylko dlatego, żeby ktoś, kogo nie widziałam na oczy i o kim nie wiem nawet, że na pewno istnieje, nie poczuł się dotknięty.

Trudno, bardzo trudno przyznawać się przed sobą do frajerstwa, które przyjmuje tak finezyjną postać.

Ale pięć dni z Kalkuty na Dzielną to jest jednak acziwment jak ta lala.