Trzy tysiące znaków

Dar łatwego pisania to jedno, a zwiotczenie, któremu ulega umysł niepiszący, to drugie. Oczywiście, zawodowe życie stawia przede mną codziennie konieczność pisania: piszę i poprawiam, skracam i sztukuję, rzeźbię w tekstach tak, jakby były surowcem na wskroś materialnym. A mimo to, kiedy chcę napisać coś własnego, czuję się tak, jakbym wsiadała do samochodu po dwóch tygodniach laby  – kompletne drewno, dno i wodorosty. Podobno można to, jak wszystko, wyćwiczyć. Kiedyś nawet próbowałam – postanowiłam pisać każdego dnia trzy tysiące znaków na jakikolwiek temat. Pisałam i działało, każde nowe trzy tysiące zaczynałam z większą swobodą – tak jakbym tańczyła albo jeździła na łyżwach. Było to doświadczenie tyleż pouczające, co efemeryczne. Nie pamiętam dlaczego, rozsznurowałam ten gorset, sadło się wylało i nadeszła stagnacja.

*

Znalazłam w necie kurs kreatywnego pisania. Who knows?

*

Wierzę, że pisania można się nauczyć. Że to jest rzemiosło jak każde inne, że nie powinnam się bać, wyważać drzwi, które są otwarte, tylko raz kozie śmierć, zapisać się na ten kurs. Gdyby był torebką, ten kurs, kupiłabym go bez wahania i czekałabym, gryząc palce, aż wreszcie przyjdzie. Sześć tygodni, spotkania w środy na Saskiej Kępie. O osiemnastej.