Traktat o talentach

No tak, tak, mówię do siebie , no tak. Nigdy nie będę malarką ani fantastyczną ilustratorką młodego pokolenia, której zdumiewająco oszczędne szkice publikuje na środkowych stronach New York Times. Powiem więcej, być może nawet marzenie o ilustrowaniu książek dla dzieci (gdziekolwiek, dla kogokolwiek, za ilekolwiek) na zawsze pozostanie w tej fazie rozwoju, w której znajduje się teraz. Być może zwiędnie, a potem zgnije we mnie powoli, by, jak każe zwyczaj niespełnionych marzeń, dzień po dniu podtruwać mnie od środka. Być może nie stanie się w ogóle nic, ponieważ, jak był uprzejmy zauważyć promotor mojej pracy magisterskiej, krowa, co dużo ryczy, mało mleka daje. Moja kariera plastyczna skończy się chyłkiem w tym miejscu, w którym tkwi od lat, i zawsze już będzie polegała wyłącznie na obdarowywaniu znajomych i rodziny niezbyt dobrymi rysunkami, które, z racji grzeczności, kwitowane będą większym lub mniejszym zachwytem. Dziś, teraz, dnia 19 marca o godzinie dwudziestej dziewięć gówno mnie to obchodzi.

komiks1

Kiedy byłam młodsza i znacznie bardziej znerwicowana, stawałam przed sobą przerażona tym, co dostałam od losu, spodziewając się za to jakiejś wyszukanej kary. Zdawałam sobie sprawę z tego, że dostałam nieco więcej niż moje koleżanki z klasy i byłam przekonana, że za to „więcej”, choć wydawało się zaledwie okruchem, przyjdzie mi prędzej czy później zapłacić. Z pewną ulga przyjmowałam więc niezdrowe nałogi, które wykształciłam później, wszystkie moje anoreksje, nerwice, bulimie, przejściowy nieżyt instynktu samozachowawczego i inne drobne dziwactwa. Cierpiałam na przymus rozwijania się, a jednocześnie miałam do losu coś na kształt żalu, że dając mi kilka zobowiązujących upominków, nie pozostawił przy nich żadnej, najprostszej choćby instrukcji obsługi, żadnej wskazówki dotyczącej tego, co też powinnam z nimi, do chuja Wacława, zrobić. Przez większą część świadomego życia czułam się ze swoimi darami tak, jakby ktoś, nie pytając mnie o zdanie, wręczył mi plik banknotów, a potem uciekł bez słowa. Zastanawiałam się, co mam z nimi zrobić i oczyma wyobraźni widziałam straszliwą kaźń, jaką przewidziano dla tych, którzy nie przejdą testu i spożytkują swe dary inaczej niż powinni.

 komiks2

 A potem? Potem, całkiem niedawno, bo tuż po trzydziestce, zrozumiałam, że wszystkie te upominki dostałam na własność po to, by ich używać. One nie zostały mi UDOSTĘPNIONE, ale podarowane z myślą o tym, żebym była szczęśliwsza. Nie wystarczy ich na Nobla, na napisanie powieści ani na karierę w jakiejś dziedzinie sztuki, ale na dobrą zabawę – owszem. Mój Boże, ludzie, którym lekarz zalecił, by znaleźli pasję, całymi miesiącami zastanawiają się, co by tu porobić. Zbierają w końcu znaczki, koty, kolekcjonują motyle, zapisują się na warsztaty japońskiej kaligrafii albo oddają się innym zajęciom, o których pożytkach usłyszeli z radia. Ja mam swoje rysunki, nie muszę niczego szukać. Mam coś, co odkąd pamiętam, sprawia mi frajdę porównywalną z seksem, jedzeniem i innymi tego rodzaju frajdami pochodzącymi w większym stopniu z brzucha aniżeli z głowy. Mam coś, co mnie ocala, co mi wyłącza myślenie, co sprawia, że supły w mojej głowie rozplątują się łagodnie, a po bezgwiezdnej nocy otwiera się, że zaserwuję tandetę, świetliste oko dnia. Nie muszę nic z tym robić, mam się tym tylko cieszyć, mam to wyjąć z opakowania, mam z tego korzystać na co dzień. Mój talent to nie jest sprzęt do wspinaczki, jak myślałam przez lata. Nie służy do tego, żeby wyżej i bardziej. To sprzęt ratunkowy, tratwa Meduzy, apteczka pierwszej pomocy na dni, w których nie wschodzi słońce, na noce, w które szczelnie otuli mnie rozpacz.