No to teraz wam powiem

że poprzedni post napisałam tylko dlatego, żeby poćwiczyć pisanie na makowej klawiaturze. Nie żeby mnie przed urlopem wzięło na poważnie czy coś. Równie dobrze mogłabym przepisywać Pana Tadeusza. Od kilku dni bowiem ponownie przeżywam rozdźwięk pomiędzy makiem w domu a pecetem w pracy, przez co mylę się, pisząc i na jednym, i na drugim, z niewielką korzyścią po stronie maka (podchodzę do niego z pewnym pietyzmem, ale jednocześnie słabiej go znam).  W IMP było odwrotnie, to znaczy maka miałam w pracy, a peceta w domu, i też się myliłam. W końcu mnie wylali i na jakiś czas był spokój. Aczkolwiek ten, kto raz miał maka, nie spocznie, póki nie będzie go miał znowu. Myślę, że to rodzaj wyznania.

Powiem jedno. Kiedy wreszcie kupisz coś, co zawsze chciałaś mieć tak bardzo, tak przeogromnie, tak że o rany julek, dostajesz czegoś na kształt flaka w duszy. Czujesz się nie tyle spełniona, co pojebana.

Choć, jeśli się dobrze przyjrzeć, to także rodzaj spełnienia.

Tak naprawdę teraz, w czwartek o dwudziestej trzeciej zero osiem, wydaje mi się, że spełniające się marzenia, wbrew pozorom, odejmują życiu jakiegoś uroku, zamiast go dodawać. Wszystkie te życzenia w rodzaju „spełnienia marzeń” są równoznaczne z życzeniami wielkiej czarnej dziury, która robi się w sercu za każdym razem, kiedy dostajesz wreszcie to, czego długo i obsesyjnie chcesz. Taka dziura ssie jak odkurzacz i biada wszystkiemu, co napotka na drodze, wciągnie skarpetkę, kota, radość, takie tam. Dlatego nie wiem, czy nie warto kilku tłuściejszych marzeń zostawić sobie na wieczne niespełnienie, żeby jak pęcherze pławne utrzymywały cię na powierzchni.

Mój podstawowy problem polega chyba na tym, że nigdy nie marzę o rzeczach, których mieć nie mogę. Mam w sercu pragmatyczny bezpiecznik, który wyrzuca mi z hukiem, jeśli tylko zapragnę mieszkać w Amsterdamie, w pięknej kamienicy nad kanałem, albo napisać wielką powieść kryminalną. Moje marzenia są małe, mają zaokrąglone brzegi i kształt wygodny w użyciu. Spełniam jedno po drugim, pyk, pyk, pyk, za każdym razem ze zdumieniem kontemplując kratery, jakie po nich zostają.