Tarczyca

W każdy piątek miałam dokonywać niewielkiego podsumowania życia.

Zamówiłam złoty medalion, żeby zawsze nosić przy sobie złoty cekin. Ten, który znalazłam kiedyś na chodniku, i który symbolizuje [w mojej głowie] złotą wspaniałość świata.

Ale, mówiąc z pewnego oddalenia [siedzę w pracy, jestem jeszcze niewyspana, chociaż dziś i tak jest o niebo lepiej niż wczoraj]. No więc mówiąc z pewnego oddalenia, mam wrażenie, że zamiast żyć, ślizgam się po powierzchni wszechrzeczy. Zbieram piankę, nie zaglądam do środka. Ściga mnie uczucie, że zawsze jest jakieś głębiej, zawsze jest jakieś mocniej i że nie mam dość czasu, energii albo rozumu, żeby do tego dotrzeć. I że będę w godzinę śmierci tego żałować, amen.

Moje wielkie torby są bezużyteczne, bo nie mam teczek z rysunkami, które mogłabym w nich nosić. Pomimo postanowień nie jeżdżę nigdzie [ostatnio byłam w Kozienicach i mimo że miałam wracać tam w chwilach grozy i zagubienia, miałam urządzać sobie słodkie samotne pielgrzymki ku pokrzepieniu serca, ani razu jeszcze mi się to nie udało. Nie dlatego, że zagubienie i groza trzymały się z daleka]. Przecież, tak naprawdę, kupując wszystkie te rzeczy, kupuję marzenia, wizje i plany, których potem, na ogół ze zmęczenia, nie realizuję.

Zmęczenie to jest motyw przewodni. To jest moje drugie imię, to jest moje przekleństwo. Mogłabym napisać wielką kolekcję opowieści o zmęczeniu, ponurą epopeję o wieczorach, które następnego ranka ledwie pamiętam. Kiedyś myślałam, że zmęczenie minie, jeśli zacznę jeść (mój Boże, myślałam, że wszystko minie, że stanę się z dnia na dzień osobą towarzyską, pełną energii i gotową do angażowania się w projekty takie jak malowanie azulejos), a tymczasem chuj, jak byłam zmęczona, tak jestem. Budzę się zmęczona i jedyna rzecz, na jaką mam ochotę przez cały dzień, to pójść z powrotem spać.

[pod koniec lutego wybieram się do endokrynologa i trzymam kciuki za to, żeby całą winę można było zrzucić na tarczycę. Gruczoł, którego waga nie przekracza 30 g. Tyle waży kromka chleba, jeśli cienko ukroisz]

Moje drogie torby, piękne sukienki, kolorowe rajstopy, urzekające perfumy, dobre pomysły, błyskotliwe uwagi: czasami mam wrażenie, że wszystko to nie należy do mnie, tylko do osoby, którą nigdy nie będę. Do jakiejś innej Sa, która lubi czerwone szminki, czyta książki, wyjeżdża do Kozienic, żeby w błogosławionej samotności włóczyć się z psem po lesie, a wieczorami rysuje dziwne rysunki i wierzy w to, że, jako wnuczka swej babki, zawsze da sobie radę. Zamiast robić to, co robiłaby lepsza Sa, kupuję rekwizyty jej życia. Jestem jak fanka, która czuje się bliżej swej idolki tylko dlatego, że nosi taką samą kurtkę.

Kupuję więc torbę, w której zmieściłby się mój aparat i blok do farb, ale nie robię zdjęć ani nie maluję. To tak, jakbym chciała zbudować dom, zaczynając (jest taki wiersz) od dymu z komina.

[nie wiem, czy to jest zrozumiałe. Czasami nie rozumiem nawet tego, co sama myślę. Marzę, żeby ktoś przyszedł i wytłumaczył mi to, używając obrazków].