Szczurze mięso

W wywiadzie z wampirem jest scena, w której Lestat opowiada Louisowi o swoim stosunku do jedzenia szczurów. Szczury służą do przetrwania, a nie do tego, żeby smakować. Żaden szanujący się wampir nie mianuje szczura podstawą swojej diety. Mam tak z Charlotte Link, a odkąd przypomniałam sobie, że spędzając w autobusach po 3 godziny dziennie mogę przewalić soczysty kawał literatury drugorzędnej, zabrałam się za to z gorliwością neofity. W tym tygodniu przewaliłam Grę cieni. Wcześniej czytałam Charlotte Link sporo i za każdym razem, zamykając książkę, miałam poczucie pewnego rozczarowania. Szczurze mięso, powiadam wam. Czytasz z wypiekami na twarzy i nie możesz się oderwać, a kiedy kończysz, dopada cię poczucie zbrukania. Zła literatura osadza się w głowie jak cholesterol w żyłach i wierzę, że z czasem potrafi zabijać równie skutecznie.

gra-cieni-b-iext28417406

Tym razem było już bardzo źle. Tak źle, że przeczytałam od dechy do dechy z masochistycznej ciekawości. Serio? Tak? Och, wiem, co się zaraz stanie, dawaj, dawaj. Link zgromadziła w książce kilkoro bohaterów, których łączy jedno. Są niepoprawnymi, przejechanymi przez los pierdołami, których golden retriever (ostatni z miotu), bije na głowę w dziedzinie życiowej zaradności.

Ci właśnie ludzie (wydawca chwali się, że sportretowani z psychologiczną wnikliwością) gromadzą się pewnego dnia na kolacji u człowieka, którego każdy z nich obarcza winą za swe przetrącone życie. Człowiek ten pod wieczór ginie od kuli, a mordercą jest prawdopodobnie jedna ze wzmiankowanych pierdół. Klasyczny schemat, zamknięte pomieszczenie, Agata Christie (czerwona lampka powinna zapalić mi się już w tym momencie). Mimochodem autorka wprowadza na scenę dwóch policjantów prowadzących śledztwo, i oni także, o zgrozo, są pierdołami do kompletu. Jeden z nich już na samym początku wprowadza podejrzaną w tajniki sprawy, a drugi nie robi nic i nie wiadomo właściwie, po co jest.

Nie wiadomo po co to zresztą zasadniczy motyw książki. Bohaterowie, których losy przedstawione są w nieco rozwlekłych retrospektywach, nie wiadomo po co wykonują dziwaczne ruchy, rujnują sobie życia, komplikują, lamentują, robią z igły widły i z uporem godnym lepszej sprawy starają się założyć lewą nogę za prawe ucho. Tak jakby autorka musiała napisać jeszcze tysiąc znaków, i jeszcze, i jeszcze, za mamusię i za tatusia, i jakby przychodziło jej to z mozołem oraz niechęcią. Składa się to wszystko na całość przygnębiającą i smutną. Co gorsza, ten nastrój się udziela i mam wrażenie, że chandry, które przeżywałam w ostatnim tygodniu, wyrosły z tej właśnie, głęboko beznadziejnej książki.

Uwielbienie dla literatury drugorzędnej pociąga za sobą ryzyko tego rodzaju.