AKCJA STERYLIZACJA

W sumie to ja nie wiem, co się stało z tą miłością. Dawno, dawno temu, kiedy byłam jeszcze piękną chudą dziewczyną podobną do kwiatu, nie mogłam żyć bez książek. Zapadałam się w nie na długie godziny, za ich pomocą mierzyłam czas, znikałam dla świata jakbym wyświetlała sobie w głowie cudze, bardzo pasjonujące sny. Czytałam po trzy na raz, po pięć, po dziesięć, uciekałam z zajęć, żeby czytać, czytałam tak dużo i tak zachłannie, że świat Anny Kareniny wydawał mi się znacznie bliższy niż mój rodzony, a od Czechowicza źrenice robiły mi się wielkie jak spodki. Ze studiów pamiętam tylko kilka spódnic, które nosiłam, kilka demonów, które mnie wówczas nawiedzały, kilka kiepskich wyborów, jakich dokonałam z sercem rozpalonym jak piec, i książki. I zabijcie mnie, nie wiem dziś, o czym one były, nie potrafiłabym opowiedzieć lub streścić, czasami nie jestem nawet pewna, czy rzeczywiście je czytałam – czy czytałam Germinal, Tylko Beatrycze, Jesień Patriarchy czy może znam je jedynie z widzenia, jak dalekich znajomych, którym mówisz cześć dopiero wtedy, kiedy spotkasz ich przypadkiem po latach i patrzą na ciebie tak uporczywie, że musisz coś powiedzieć. Tytuły przesuwają się w mojej głowie jak sny, których rano nie potrafisz zapisać.

A potem, wiecie, coś mi się stało. Obluzowała się śrubka, wysiadła bateria. Od jakiegoś czasu nawet jeśli zaczynam, to nie kończę. Czytam i nie rozumiem, jakbym straciła narząd odpowiedzialny za przyswajanie literatury, jakby mnie wyprało i odwirowało. Próbuję od nowa, walczę ze sobą, zmuszam się, ponieważ wiem, że kolejny krok to jest zrobienie trwałej, zapuszczenie brzucha i nieodwracalne przeistoczenie się w starą sfrustrowaną babę, która sapie,  nie uprawia seksu i śmierdzi kapustą.