Spadek

Przeczytałam gdzieś niedawno definicję grafomana. Grafoman to osoba, która znacznie więcej pisze, aniżeli czyta. I to jest, jak sądzę, istota problemu.

Więcej piszę niż czytam (chociaż, umówmy się,  więcej płaczę niż piszę, więcej kupuję, jeżdżę samochodem bez celu i nudzę się, niż piszę). Więcej produkuję zdjęć aniżeli oglądam, i więcej rysunków, chociaż, gdyby ten czas skompresować, wyszłoby, że więcej niż jedno z drugim siedzę w wannie, wyrywam brwi, a nade wszystko się martwię. Martwię się to jest aplikacja w tle, która odświeża się i pracuje bez mojego udziału. To jest proces alternatywny do wszystkich procesów myślowych, automatyczny, samostartujący i taki, co się nigdy nie wiesza. Czasami, kiedy budzę się rano, czuję się dziwnie pusta, aż po kilku sekundach moja biedna głowa przywraca standardowe ikonki zmartwień, cyk, cyk, cyk, jak po wznowieniu systemu. Gdybym zamknęła oczy i położyła się plackiem, zamartwiłabym się cała w ciągu pół godziny. Byłabym wtedy workiem pełnym czarnych kulek i można by było wyrzucić mnie do śmieci.

 *

Mówię sobie, że martwienie się to jest prezent od ewolucji, że moje geny pochodzą od setek tysięcy niewidzialnych kobiet, które nie obróciły się w proch, ale stoją pode mną, trzymają mnie na ramionach i potwornie się martwią. To tak jak z mężczyznami – przetrwali ci, których popęd seksualny był najsilniejszy, co skutkuje faktem, że statystyczny mężczyzna jest istotą obdarzoną znacznie większym libido niż statystyczna kobieta. Moje babki, prababki, moje zagazowane, zastrzelone albo spalone przodkinie, wszystkie dzielne, zaradne, przedsiębiorcze baby, które między pieluchą, wojną, folwarkiem albo polem zapisały mi swoje geny, mówię wam, idźcie do domu. W spadku po was wystarczy mi czujność na skrzyżowaniach i umiejętność wykrywania w lodówce zepsutego mleka.