Ściski

Ścisk w talii utrzymuje się nadal, a co gorsza, kiedy przypominam sobie o tym, że miałam pisać, staje się silniejszy i bardziej uciążliwy. Wydaje mi się, że to, co zabezpiecza mnie przed pisaniem, jest tym samym, co zabezpiecza mnie przed życiem w ogóle. Segreguję w głowie tematy, odrzucając te, które mogłyby kogoś urazić albo te, przy których zmuszona byłabym wejść z kimś w polemikę, nie pamiętam już żadnej ze świętych rad zawartych w książce „Grzeczne dziewczynki idą do nieba”. Jeśli zapytalibyście mnie, o czym marzę, powiedziałabym, że marzę o kursie dla suk, na którym wydawano by stosowne certyfikaty z czerwonym paskiem. Na którym nauczono by mnie raz a dobrze, że należy walczyć o swoje, znać swoją wartość, stawiać warunki, mówić prosto i w żołnierskich słowach, a nie cieszyć się jak głupi do sera z tego, że ktoś w ogóle chce, żebym coś dla niego zrobiła. Nie wiem, skąd to się bierze – z wychowania, z paskudnej podstawówki na Pradze, z poczucia katastrofy i klęski, które nawiedza mnie za każdym razem, kiedy ktoś poczuje się moim zachowaniem w ten czy inny sposób dotknięty, z bycia dziewczynką, z bycia pierdołą roku, z autodestrukcyjnego dążenia, żeby mnie wszyscy lubili (tak, również te babiszony w futrach z bobra, ciocie Jadzie i panie od polskiego jak kraj długi i szeroki). Chodzę wokół życia na paluszkach i uśmiecham się najpiękniej, jak mogę. Byłabym znakomitą gejszą, ale autorka ze mnie żadna. Nawet kroniki mojego żyćka, te w fuksjowym zeszycie, napisane są tak, by po mojej śmierci nikt nie poczuł się urażony. Co za bajzel.

Wstawiając na fejsa kolejne zdjęcia, rysunki, widokówki z mojego życia, za każdym razem zastanawiam się, czy to nie za dużo, czy ja się komuś przypadkiem nie narzucam, czy to nie jest już kropla, która przelewa czarę. I kiedy pytam się sama siebie „Sa, ale kim jest ten ‚ktoś’, komu nie chciałabyś się narzucać”, odpowiadam, że nie wiem. Jest taki nieokreślony byt, reprezentujący we mnie prawdopodobnie coś na kształt superego, że posłużę się tej domowej roboty porównaniem, jest taki twór, który skrzeczy mi do ucha „z czym do gości, Sa, śmiech na sali”. I gdyby z takim problemem przyszła do mnie siostra, której nigdy nie miałam, powiedziałabym jej, moja kochana, wyluzuj. Jeśli ktoś uzna, że się narzucasz, wyłączy twoje wpisy w taki sam sposób jak ty wyłączałaś (a potem ponownie włączałaś) ludzkie wpisy już wiele razy wcześniej. A na twojego bloga też nie musi zaglądać, nie chodzisz po ulicy, nie ciągniesz przechodniów za rękawy, nie mówisz – ach, ach, czytaj moje wpisy, są takie zajebiste.

I co, i z takim atitiudem chciałam mieć kiedyś szafiarskiego bloga. Whoa.

This slideshow requires JavaScript.