Rzeczy ostateczne

M jedzie jutro uśpić swoją kotkę.

Po co ja pilnuję, żeby nie spadła z fotela, mówi, a ja robię jej zdjęcia. Pięćdziesiąt identycznych zdjęć kota, który wygląda, jakby i tak był martwy.

To nie był mój pomysł. M potrzebuje mieć zdjęcia wszystkiego, co traci, nawet jeśli potem nie miałaby spojrzeć na nie ani razu. A ja robię te zdjęcia, jestem kronikarzem jej strat, powiernikiem jej strachów. Przechowuję te zdjęcia na swoich dyskach, chociaż uważam to za złe i smutne tak bardzo, że łamie mi to serce. Ale tak, każdy ma prawo doświadczać swojej straty w sposób, który uważa za słuszny i nie ma tu miejsca na katechezę ani na wyrzuty.

Nie mogę jechać do B., bo on ją ostatnio ratował, mówi M.

To jest jego praca, mówię.

Ale on jest taki młody, mówi M.

To nie ma nic do rzeczy, mówię.

Szkoda mi go, mówi.

Jest lekarzem, mówię.

A potem, w domu, wrzucam z aparatu pięćdziesiąt zdjęć, wkładam na boksa, wysyłam na maila swojemu ojcu. Umyka mojej uwadze to, że zamiast linku do zdjęć  wklejam link do kozaków Venezia, który mój komputer zachował w pamięci.

I nic, kompletnie nic nie można już zrobić.