Rezurekszyn

Jakiś czas po tym, jak wniosłam o  rozwód z Linią (swoją drogą – nie odpisali mi NIC – ani że wreszcie, ani że czy na pewno, ani że dziękujemy za 500 felietonów, my też mieliśmy dość), no więc jakiś czas po tym, jak wniosłam o rozwód, zadzwonił do mnie Skoczek, i w charakterystyczny dla siebie euforyczny sposób poinformował mnie o tym, że chuj z felietonami, mam pisać gdziekolwiek i cokolwiek. – Ale Zbyszek – powiedziałam (od kilku miesięcy mówię do niego po imieniu i za każdym razem, zanim wypowiem to na głos, muszę kilka razy przećwiczyć to w myśli). – Ale Zbyszek – powiedziałam więc, starając się, aby zabrzmiało to lekko i naturalnie  – nie wiem, czy zauważyłeś, że ja bardzo często nie mam nic do powiedzenia. – Chuj z tym – stwierdził. – Nie chodzi o to, co masz do powiedzenia, tylko jak to mówisz. Możesz pisać o swoich kotach, o swoich ciuchach, o czymkolwiek, tylko pisz. Bo wyjdziesz z wprawy.

Nie musiał dodawać, że „nic innego nie umiesz”. Jak by nie było, znamy się 12 lat.

Kiedy zaczęłam pisać do Linii, ważyłam 44 kilo i wyglądałam jak pisklę egzotycznego ptaka, z moimi bransoletkami, z moimi obcasami, z makijażem, który przypominał wojenny kamuflaż. Byłam neurotyczna i płochliwa, uważałam, że życie ucieka mi przez palce i czytałam jedną za drugą dziewiętnastowieczne powieści. Jeździłam do Otwocka średnio raz w tygodniu, i pełnymi garściami czerpałam joie de vivre prosto z koszy w lumpeksach przy Kupieckiej. Pewnego dnia w wakacje M. towarzyszyła mi w tej pielgrzymce – w tamtych czasach byłyśmy sobie wyjątkowo bliskie – ona była wówczas  jedyną osobą, której towarzystwo było dla mnie cenniejsze niż moje własne. Któregoś więc dnia w wakacje po przewleczeniu się po wszystkich tych sklepikach, po wywróceniu na nice wszystkich koszy, przekartkowaniu wieszaków i przejrzeniu worów, stanęłyśmy w centrum. Był rozpalony lipiec, skwar lał się z nieba jak kisiel i przysięgam, że do dziś nie widziałam tak gęstego powietrza.

 - Nie wiedziałam, że tu jest gazeta – powiedziała M. od niechcenia. – Aha – powiedziałam i poczułam, jak w tym skwarze jedna część mnie rzuca drugiej wyzwanie – uważasz, że tracisz życie, tak? To jest twoja szansa, Sa, teraz weźmiesz w garść swoją kościstą dupę i zaniesiesz ją do tej redakcji. Następnie otworzysz twarz i zaproponujesz im swoje usługi. Znasz się na ortografii, czyż nie?

Jestem mistrzem szybkich decyzji, więc jak pomyślałam, tak też zrobiłam. Spocona, chuda jędza z podkrążonymi oczami, z workiem ciuchów przerzuconym przez plecy – taka wdrapałam się na drugie piętro i zapukałam do drzwi.

- Dzień dobry – powiedziałam. – Chciałabym dla was pisać. Tylko że ja jeszcze nie skończyłam studiów.

- Naczelny nie zwraca uwagi na papierki – odpowiedziała mi kobieta za kontuarem. – Proszę poczekać, może panią przyjmie.

Przyjął.

- Co jesteś taka chuda – powiedział na dzień dobry. – Masz może anoreksję? Zrób coś ze sobą, bo gdybyś nie wyglądała jak śmierć, byłabyś całkiem całkiem.

Mogłam więc dla nich pisać. To było jak objawienie. Pisałam do prawdziwej gazety, takiej drukowanej, takiej, którą ludzie dobrowolnie  kupują w kiosku i czytają, jadąc autobusem. Byłam natchniona i gorliwa, brałam wszystko jak leci, myślałam, że dziennikarką będę do końca życia, wiecie, Kapuściński, te sprawy. Kiedy zobaczyłam w druku swój pierwszy tekst, długi, porządny reportaż o historii kościoła w Zerzniu (Skoczek upiera się, że jest tam e ruchome, ale ja wiem swoje i nie napiszę Zerzeniu nawet pod groźbą śmierci). Kiedy więc zobaczyłam w druku swój pierwszy tekst, byłam najszczęśliwsza na świecie, a im bardziej starałam się pokryć to szczęście pokerową miną zawodowca, tym bardziej kipiało we mnie, buzowało i pieniło się jak szampan. Tak, tak myślę. Nigdy potem nie byłam pod względem zawodowym tak bombastycznie szczęśliwa. Blisko tego stanu znajdowałam się przy druku pierwszych rysunków (szybko mi przeszło), otarłam się o to szczęście, dostając pracę w Egmoncie (tak, mówcie co chcecie, o tym także marzyłam). Ale nigdy aż tak, nigdy do tego stopnia, nigdy w takiej skali, tak szaleńczo, tak z całego serca.

Kiedy masz 21 lat i studiujesz polonistykę, reportaż o Zerzniu w lokalnej gazecie to jest dla ciebie szał na miarę nobla w dziedzinie literatury. Dla mnie przynajmniej był, i tak, powtórzę to pod przysięgą.