Remanent

Postanowiłam więc w każdy piątek podsumowywać wszystko, co wydarzyło się w minionym tygodniu z podziałem na wydarzenia fantastyczne, kiepskie oraz takie, które stanowią dla mnie upokarzającą nauczkę.

W menu z dobrymi wydarzeniami znajdują się więc:

  • aplikacja do liczenia kroków w telefonie. Jest prawie tak fantastyczna jak dziennik z ocenami. Zawsze chciałam dostawać oceny z dorosłego życia, z dbania o relacje oraz gospodarstwo domowe, z organizacji czasu, z czytania, ze wszystkiego. Kiedy telefon liczy mi kroki, czuję się nieomal oceniana. Wow!
  • torebka z molehill (nie dlatego, że jest wspaniała i będzie znakomitym prezentem na moje trzydzieste piąte urodziny, ale dlatego, że kosztowała o połowę mniej niż inna torebka, którą zamierzałam na te trzydzieste piąte urodziny kupić).
  • paczkomaty. Jeden z nich znajduje się na shellu. Wyobrażam sobie, jak w środku nocy wymykam się po paczusię, a moje grzechy szczelnie kryje mrok. No genialne.
  • hinduskie jedzenie. To wprawdzie odkrycie z poprzedniego tygodnia, ale fascynacja utrzymuje się na stałym poziomie.

W tabelce z kiepskimi wydarzeniami znajduje się moja wizyta w mbanku, na którą w zeszły poniedziałek czekałam godzinę, błąkając się po mieście i podziwiając świąteczne iluminacje. Wizyta trwała półtorej minuty i polegała na wysłuchaniu pytania: Czy potrzebuje pani dodatkowych środków finansowych (Nie.). Jedyny plus – na własne oczy przekonałam się, jak wygląda osoba o imieniu Kornelia. Wyglądała niczego sobie, choć na oko była ode mnie młodsza o dobre 10 lat. Zaczynają się czasy, kiedy w banku czeka na ciebie młodzież, najprawdziwsza, taka jeszcze w folijce.

Nie zaliczyłam wydarzeń, które stanowiłyby upokarzającą nauczkę.

No może poza tym mailem, w którym zamiast udzielić odpowiedzi na temat kucyków napisałam, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła i że zabiła kota.

No i pamiętajmy, że mój urodzinowy prezent jeszcze nie dotarł.