Przywoływanie tramwajów

Lubię pamiętać, kiedy jakaś myśl przychodzi do mnie po raz pierwszy. Dziś rano, kiedy myłam głowę, pomyślałam, że nie ma nic złego w przekonaniu, że jakoś to będzie. To nowość. Do tej pory uważałam bowiem, że jeśli jesteś człowiekiem rozumnym, nie możesz sobie pozwolić na taki komfort, że taki komfort jest łatwy i tani, dobry dla frustratów albo facetów z wąsami. Że taki komfort wynika z bezradności i gdyby można go było kupić, to na pewno w biedronce. Tymczasem dziś przyszło mi do głowy, że w sumie dlaczego nie. Przecież to przekonanie jest kwintesencją stanu, w którym życie jest wodą, a ty, szczęśliwa jak świnia, unosisz się na powierzchni. Nie oznacza bezradności, ale mądrość na lewelu master.

Nie ma sensu się martwić, bo wszystko się i tak zawsze samo układa, powiedział mi kiedyś facet od prawa jazdy (był koniec marca, zjeżdżaliśmy wtedy na Wisłostradę, uznałam to za prawdę objawioną).

Wiele lat wcześniej stałam na przystanku za tunelem na trasie WZ. Obok mnie stała dziewczynka z matką. Dziewczynka przywoływała tramwaje, wykonywała skomplikowane ruchy, machała rękami, tańczyła i wypowiadała zaklęcia. I kiedy tramwaj wynurzał się z tunelu, triumfalnym tonem oznajmiała matce, że właśnie go przywołała.

 

Czasami mam wrażenie, że przez większość życia sama zajmowałam się przywoływaniem tramwajów. I że czas najwyższy znaleźć bardziej sensowne zajęcie.