Portret pamięciowy

Ciekawe, czy kiedyś wreszcie nauczę się używać czerwonej szminki. Zrozumiem, że nie, nie wygląda ona tandetnie, kurewsko oraz jak z różyca pod wieczór, oraz że tak, można nie mieć na twarzy nic a nic, można wyglądać jak  siedem nieszczęść zza krzaka, a czerwona szminka w niewytłumaczalny sposób wsadzi te siedem nieszczęść w cudzysłów, dzięki czemu będzie się wydawało, że tak właśnie miało być, co się czepiasz, kropka.

Nie potrafi tego żaden inny kosmetyk. Czasami potrafi to uśmiech, ale taki wiecie, jakby się człowiek najadł świetlików.

Maluję się od piętnastego roku życia, w zasadzie codziennie. W zeszłym tygodniu obluzowała mi się śrubka i dup, przestałam się malować. Tak, poszłam do pracy jak facet, wziąwszy prysznic oraz umywszy zęby. Tak, zrobiłam to w poniedziałek, we wtorek, w środę, w czwartek i w piątek. Poczułam się z tym zatrważająco dobrze.

Niepomalowana wyglądam jak portret pamięciowy samej siebie. W zasadzie można mnie rozpoznać i wiele osób to (niestety) robi, niemniej widok jest – zwłaszcza za pierwszym razem – wstrząsający. Współczuję ludziom, którzy znają tę normalną, pomalowaną mnie z widzenia, a potem nagle, ni stąd ni zowąd, stają twarzą w twarz z wersją, że tak powiem, lineartową. Punkt dla nich, że nie krzyczą, niemniej ukradkowe spojrzenia, uprzejma niepewność, niezwerbalizowana do końca gotowość niesienia pomocy, za każdym razem wszystko to po trosze mnie urzeka, a po trosze wkurwia. Niektórzy idą o krok dalej i pytają mnie, czy dobrze się czuję. Jeszcze inni wyskakują od razu jak filip z konopi i sugerują, że powinnam wziąć urlop (w rakolandzie, tak?). Część osób pyta, czy ufarbowałam włosy, a inna część nie chce nawet patrzeć w moją stronę.

Zanim pójdę spać, zamierzam przygotować wielki plakat z papieru pakowego i powiesić go sobie na drzwiach łazienki. Na plakacie będzie napisane: Masz się malować. W miarę możliwości czerwoną szminką.

Jeśli przestanę się malować, wessie mnie wielka czarna dziura pod wanną. I nie, deseczka, którą przybił tam rok temu facet od remontu, nie zda się na nic w chwili, gdy dziura się o mnie upomni.