Pora relaksu

Z wielu powodów i dla smutków wielu wolna sobota to jest dla mnie zjawisko porównywalne z deszczem meteorów. Przychodzi tak rzadko, że kiedy ma przyjść, czekam na nią niczym, wiecie, Anna Jagiellonka na swoją noc poślubną, odprawiając na dwa tygodnie wcześniej stosowne rytuały adwentowe oraz autorekolekcje. Przygotowuję się gorliwie na duchu i ciele, znosząc przy tym dzielnie ataki trwogi, że wolne jednak nie nadejdzie, że gdzieś tam zdechnie po drodze, bo ktoś zadzwoni, napisze, ktoś coś będzie ode mnie chciał, a ja z poczucia obowiązku (wrodzone) i z pazerności na kasę (nabyte), odrzucę obietnice dane samej sobie i pobiegnę z rozwianym włosem pisać, tłumaczyć, redagować, poprawiać, rzucać okiem albo robić sto innych rzeczy, które w życiu robię. Ewentualnie – że jak ostatnio – będę kursować pomiędzy weterynarzem a domem z naręczem dzikich kotów, które po pierwsze – nawet nie są moje, a po drugie – rypcium pypcium i tak umrą.

 Kiedy więc przychodzi ta sobota i nic się nie dzieje, o dziesiątej rano nie mam maili, esemesów i wiadomości głosowych, a wszystkie zwierzęta (dzikie i oswojone) znajdujące się aktualnie pod moją opieką nie wyglądają na szczególnie martwe albo poważnie uszkodzone, czuję coś na kształt ulgi – wiecie, jakbym się zanurzała z głową w wannie pełnej wody. Nie ma mnie, myśli we mnie Hatifnat, którego hoduję zamiast serca, nie ma mnie, nie ma, nigdy mnie nie było. NIRWANA!

Z czystym sumieniem mogę tedy przystąpić do relaksu. Kiedy jednak próbuję to zrobić, okazuje się, że halo, najzwyczajniej w świecie nie umiem. Ojej, ale jak. Ojej, ale co. Ojej, ale gdzie, gdzie, gdzie jest moja lista rzeczy, które mnie relaksują, gdzieś ją miałam, w jakimś pliku, na którymś laptopie, w jakimś notatniku, ojej, ojej. Mam cały dzień dla siebie, co ja z tym fantem zrobię, dobra tak wiele, sobota tak bardzo. Kuku na muniu na całej linii, motorek w tyłek i jazda – odkurzanie, mycie podłogi, pani domu perfekcyjna tak bardzo, okna, lustra, ubrania, w kosteczki, z pralki, do pralki, do szafy i z szafy, gdybyście mogły mnie widzieć, o ciotki moje utrefione, kotlety mielone, buraczki, cioteczki, obiad tak bardzo, piekarnik dymi jak Solaris Urbino na Mrówczej w zeszłym tygodniu, fugi w łazience, szczoteczką do zębów, czystości tak wiele, relaks tak bardzo. A potem etap drugi, pies, Wisła, łąki, teraz dobra pani wynagrodzi suni brak czasu, to nic, że sunia na pysk pada, bo nadwaga, bo niezwyczajna, pani i tak wynagrodzi. Pani się musi zrelaksować, w końcu wolna sobota, jedna na milion, ojej, ojej, co tu by jeszcze zrobić, książkę poczytać, litery tak bardzo, o czym to  było, o Tudorach, nie, nie, co innego. Gazetę poczytać, nie, nie, książkę lepiej, rozwijać się w wolną sobotę, rozwijać, rozwijać, tylko szybko, nie ma czasu, dalej, dalej, tu pranie, tam rozwój, talent niewykorzystany w sam raz na sobotę, szybko, szybko, realizować się tu i teraz, rysować, malować, co, że nie wychodzi, walić, że nie wychodzi, ma wychodzić, cholera.

Pies już umęczony, dom już posprzątany, obiad przypalony, relaks unosi się w powietrzu jak grzyb atomowy. Widzisz? Nie umiesz, nie umiesz, nawet odpoczywać nie umiesz – skrzeczy Hatifnat na dnie duszy, a świadoma część mnie wita nadchodzącą noc z pewną ulgą. Nareszcie, nareszcie, znów będzie normalnie, żadnego relaksu, żadnych takich, aż do następnej wolnej soboty, gdzieś za milion, milion, milion, milion świetlnych  lat.