Poniedziałek

Trafiłam wreszcie na okulistkę, która nie straszy.

Powiedziała, że gdyby stan moich tarcz nerwu wzrokowego wynikał z choroby, to prawdopodobnie nie widziałabym już nic. Po chwili wahania uznałam, że to pocieszające.

Tak czy inaczej muszę znów zrobić badania na jaskrę, te, które wyglądają jak gra telewizyjna w łapanie nietoperzy. Dostajesz dżojstik i klikasz w nietoperze. Dla większego suspensu nie możesz przy tym mrugać oczami.

Cały weekend przeleżałam w łóżku (płacząc). W sobotę w przerwach czytałam książkę o Zygmuncie Auguście i jego żonach, w niedzielę nie było już żadnych przerw. Mam nadzieję, że tego właśnie potrzebowała moja dusza i że teraz, wypłakana na fest, będzie służyć mi już bez większych niespodzianek. Dziś muszę podrasować okładkę do 1000 naklejek z Maszą i zawiesić do apruwala trzeci numer gazetki z kucykami. Ale zanim do tego dojdzie, muszę przedostać się z luxmedu na Szenera do pracy, pokonując kilka niezwykle skomplikowanych skrzyżowań.

Po moich urodzinach wiosna przychodzi wielkimi krokami. Słyszę już, jak śpiewa, za górami za lasami stukają jej pantofelki, roznosi się echo i spadają sople. Gdyby mnie kto pytał, wolałabym się urodzić w jakimś innym momencie, latem na przykład, albo wczesną jesienią. Zastanawiam się, jak działa na noworodka ściana brudnego śniegu. Na mnie zadziałała tak jak widać, i mądry znak wodnika niczego tu nie zmienił.