Po tygodniu

A jednak brakuje mi pisania. Bez pisania czuję się jak bez okularów. Niby wszystko tak samo, a jednak niewyraźnie, takie dziwne życie niedożyte do końca, bez puenty, bez werniksu marnej notki o tym, jak było. Niby żadnej różnicy, a jednak wytrzymać na dłuższą metę się nie da, istnieć jakby niewygodnie. Z czytaniem też ostatnio źle. Obok łóżka Mankell, Pilch cały podkreślony, niedoczytany do końca, ale zachwycający, Smilla w labiryntach śniegu (czy ja tego już kiedyś nie czytałam?) nowa Tana French po angielsku. Miałam kiedyś mocne postanowienie – literaturę, którą klasyfikuję jako crap, będę czytać po angielsku. Żeby mieć coś na swoje usprawiedliwienie, gdy dojdzie nad moim czytelnictwem do ostatecznego sądu.

Nawet egocentryczny dziennik, ten, który trzymam na dysku z dala od możliwości lansu, ten, który opowiada o wszystkich moich zawiściach, o ludziach, których nie lubię bez powodu, o erotycznych snach i paskudnych pomysłach, również leży odłogiem. Nie ma, nie ma.

076_no need

Od czasu urlopu algorytm moich wieczorów uległ irytującej zmianie – wracam z pracy styrana jak koń, upierdolona epicko, w formie pozbawionego mózgu zombiaka z twarzą zmęczonej pijaczki (próby dosztukowania sobie urody za pomocą makijażu jedynie pogarszają sprawę). Zachowuję fason do godziny dwudziestej, po czym na chwilę, tylko na chwilę kładę się na łóżko – kładę się tak jak stoję, w butach, w tuszu na rzęsach, z nieumytymi zębami, kładę się i zasypiam jak kłoda, składam się jak figurka z tektury, zapadam w stan kłopotliwej hibernacji, z której P próbuje wyciągnąć mnie w okolicy jedenastej albo dwunastej w nocy (idziesz się rozmalować, czy będziesz tak spała?). I jasne, idę się rozmalować, ponieważ wierzę, że spanie w makijażu jest najcięższym grzechem, jaki możesz popełnić w stosunku do własnej urody. Kiedy wracam, nie ma już dla mnie snu. Czytam, piszę, rysuję, odbieram maile, prasuję ubrania.  Czasami leżę po prostu z szeroko otwartymi oczami do drugiej czy trzeciej w nocy, ściskając w dłoni czarną łapeczkę mojego kota, który śpi na mnie, wydając te dziwne dźwięki, jakie potrafi wydawać tylko śpiący głęboko kot. Następnego dnia o szóstej nie da się mnie obudzić, literalnie się nie da. Można krzyczeć mi nad uchem ‚wilcy’ albo nawet  ’George Clooney’, można mnie polewać wodą, złote góry obiecywać, nic z tego.

074

Kilka dni temu około trzeciej w nocy usiadłam i wypisałam sobie 40 powodów do radości – patent wprost od K., której patenty na życie ściągam mniej więcej od 18 lat, kiedy to poznałyśmy się w kajaku na środku jeziora, podczas obozu integracyjnego w pierwszej klasie liceum. Podstawowym i najbardziej słusznym powodem do radości był fakt, że moja matka, w dwa lata po raku, ma dobre wyniki kontrolne (okej, usg). Reszta powodów do radości skupiała się wokół tego, co sobie kupiłam i co sobie jeszcze kupię oraz wokół fantastycznych aplikacji, programów i rozwiązań, których odkrywanie sprawia mi ostatnio niekłamaną frajdę. Któregoś dnia usiądę i przepiszę tę listę, omijając powody tak osobiste, że nawet mówienie o nich, że są, wydaje mi się zakrawać na ekshibicjonizm.