PAŁUBA

Opowieść o moim życiu zatoczyła łagodnie koło i wylądowała z powrotem w martwej dupie. Otwieram oczy, otwieram czarny zeszyt i wypisuję dobre strony swej odzyskanej wolności, która leży przede mną śliska i biała jak świeżo oskrobany grzyb. Pierwsza dobra strona: koniec z budzikiem. Drugiej, trzeciej ani czwartej dobrej strony nie mogę wymyślić mimo najlepszych chęci.  
O czym ja kurwa pisałam, kiedy jeszcze umiałam pisać. 
Otwieram starego, starego bloga, chuj, dupa, cycki, o czym innym teraz myślę, co innego robię, nie umiem pisać jak kiedyś, nie śnią mi się romantyczne sny, nie mam białych sukienek, kastanietów, zachodów słońca, i tak dalej. W każdym śnie umieram, wychodzę przed pusty dom, grzebię w ziemi albo gubię się wśród zimnych pól w listopadzie. W każdym śnie jestem żydem, uciekam, umieram, kocham się z martwymi ludźmi o niebieskich ustach. Dziewczynka we mnie nie żyje, atrament jej się skończył, cała krew wyleciała, została po niej pałuba, lekka biała skorupka o dużej zawartości wapnia. Wstydzę się jej, wstydzę, na wieki wieków Amen. 
Haha, nauczyłam się wstawiać sztywną spację, młot na wisielce. 

Szkoda, że nie działa w blogu.