D jak dupa

Jednak jestem do dupy.

 

Czasami myślę, że dobrze by było się zabić w jakiś schludny sposób. Cóż to za pomysły, moja panno, mówi mi wtedy moje mądre ja. Pomyśl o ostatnim razie, kiedy chciałaś się zabić, i o tym wszystkim, co by się nie stało, gdyby to się stało. Życie pełne jest zakrętów, niespodzianek, nieoczekiwanych zwrotów akcji, kupy w papierkach i brylantów w kupie. Życie jest nieprzewidywalne, i grzechem przeciwko narracji byłoby przeciąć to byle gdzie i nie poczekać na cokolwiek, co wydarzy się dalej.

 

A poza tym miałaś przecież przeczytać jeszcze raz Grę o Tron.

 

Ale ja już nie mogę, nie, nie, nie, nie, stoję po kolana w czarnej mazi, nie mogę się ruszyć, nie mogę nic zrobić (pani Sabino, powiedziałby psycholog, zawsze można coś zrobić, można na przykład ruszać palcem w bucie na złość wszystkiemu, do taktu swojej ulubionej piosenki). Dawniej uczepiłabym się takiego przekonania, dosiadła go okrakiem i wio, ruszyła przed siebie, radosna i wolna jak zwykle. Teraz chuj (wystarczy wspomnieć – do 16 siedziałam dziś w łóżku, spłakana jak dziecko, nie mając siły na to, żeby umyć zęby). Teraz chuj. Mam poczucie, że absorbuję z otoczenia wszystkie złe rzeczy, które się dzieją, że moja głowa jest jak gazetka ścienna, na której z pietyzmem wieszam to wszystko – codziennie inne dekoracje, a wszystkie razem poświęcone śmierci przyrządzonej w ten czy w inny sposób. Stoję w tym po kolana i wchłaniam oczami, uszami, nosem, tak bardzo, że kwiaty jabłoni wydają mi się straszne, a ich zapach przyprawia o mdłości.

 

Chciałabym, żeby ktoś wymienił mi głowę, tak jak wymienia się zbiornik na wodę w piwnicy. Żeby ktoś wylał to, co jest we mnie, na beton i ze zdziwieniem spostrzegł, że o, tyle się tego przez ten czas nazbierało, tu śmierć, tu śmierć, tu śmierć, a tu, kto by pomyślał, a tu malutka zawiść, która drepcze truchcikiem lśniąca jak żuczek gnojnik. Chciałabym, żeby za sześćset złotych można było kupić nowy zbiornik, zamontować go na miejscu, i żeby na jakiś czas starczyło.

 

Półtora roku temu poszłam do psychologa. Był trzeci października i zapchał nam się kibel. Pomyślałam, że to alegoria, ten kibel, i że każdy ma taką alegorię, na jaką sobie zasłużył.

 

Chodziłam do psychologa przez półtora roku. Ugniatałyśmy na różne strony wiele dziwnych wydarzeń, moich autorskich pomysłów na interpretację świata, pokracznych i dzikich wizji, sekretnych małych zazdrości, miętoliłyśmy wszystko to, co na ogół napisane jest pod twoją umową z życiem małym druczkiem, to wszystko, o czym nikt przy zdrowych zmysłach nigdy nie powie na głos. Miętoliłyśmy i chuj z tym. Kiedy skończyłam, kiedy wyszłam z gabinetu na początku grudnia, myślałam, że alleluja. Posiadam klucz do szczęścia, panuję nad sobą, rozumiem siebie i wszystko, co dookoła. Jestem upasiona wiedzą tak, że mi się ulewa, i teraz, moje życie, uderz mnie, jeśli zdołasz.

Moje życie (chwalmy Pana) nie skorzystało z okazji. Innymi słowy nie wydarzyło się nic, co w najmniejszym stopniu zasługiwałoby na miano próby albo doświadczenia takiego przez D jak DUPA. Zamiast tego mam poczucie, że historia toczy się kołem i wiem o sobie tyle samo co dawniej, przed dniem zapchania kibla, a kiedy letni wietrzyk przewraca mnie na plecy, macham nóżkami tak samo żałośnie jak zwykle. Półtora roku miętolenia poszło w diabły, podobnie jak inne moje wielkie przedsięwzięcia oraz ich wielkie cele, nie mówiąc już o kasie, którą na to straciłam.

 

Zresztą kto wie, może z tym jest jak z aparatem na zęby.

 

Być może tak. Powinnam nosić płytkę retencyjną, raz w tygodniu, w piątki o dziewiętnastej, miętolić się samodzielnie po to, żeby utrzymać efekt nirwany, tego wspaniałego, globalnego wywału, z którym skończyłam w grudniu. Serio, mówię wam, serio. Miałam wywalone jak jeszcze nigdy wcześniej. Miałam poczucie, że cokolwiek się stanie, to ja to uniosę, to ja z tym pofrunę, i ogarnę wszystko wystarczająco dobrze. I przysięgam, kiedy mówię TO, mam na myśli wszystko – wszystkie moje lęki, moje największe demony, rzeczy tak okropne, że ze strachu nawet nigdy mi się nie śniły. Po osiemnastu miesiącach miętolenia miałam świadomość, że jestem pudzianem własnego życia, że mam moc, a jednocześnie, że jest mi w pewien błogosławiony sposób kompletnie wszystko jedno.

 

Miałam wtedy zwyczaj chodzić dużo z psem, każdego dnia robiłyśmy dziesięć tysięcy kroków, mimo że była zima, a dni ciasne i ciemne.

Oddałabym tę zimę za dziś – za maj, za kwiaty jabłoni, za pięć dni urlopu, które przepłakałam.

 

* * *

Śniła mi się Baba. Była piękna i młoda – szłyśmy obok siebie i wiedziałam, że mamy tyle samo lat, nosiła sukienkę ściągniętą w talii paskiem, buty na koturnie, czerwoną szminkę, dobre perfumy. Nie mam kasy, powiedziałam jej. Powiedziała, że to nie powinno mnie martwić, że wystarczy słowo i w każdej chwili przeleje mi tyle, ile będę chciała. Przedwczoraj miała urodziny. Pojechałam wieczorem na cmentarz i zapaliłam jej znicz. Było ciemno i pusto. Pomyślałam, że powinnam się bać, ale nie bałam się wcale. Czułam się tak jak w tym śnie, jakbyśmy szły obok siebie i miały nagle po tyle samo lat. To zdumiewające, że ona tam jest. Że sproszkowana leży pół metra pod moimi stopami, że sproszkowana jest jej głowa, jej krótko obcięte paznokcie, jej oczy, których spojrzenie napawało mnie grozą, kiedy byłam mała. Że ona zniknęła, stała się ziemią, kamieniem, powietrzem, że mech, który tam rośnie, pochodzi z niej, zupełnie tak jak ja.

Nie mogę dać się sprowokować do tego, żeby być kimś innym. Z jakiegoś powodu (myślę, że przy dobrych chęciach można by nazwać go wrażliwością), no więc z jakiegoś powodu jestem higroskopijna emocjonalnie. Ludzkie stany udzielają mi się błyskawicznie, chłonę je jak gąbka i zostaję z nimi zakłopotana, nie mając miejsca ani sposobu na to, żeby je oddać. Nie mogę dać się sprowokować do tego, żeby moje życie ograniczało się do pracy i żeby praca była w tym życiu najważniejsza na świecie. Praca jest ważna. Jest prawdopodobnie w pierwszej piątce rzeczy, które są ważne. Ale nie stoi ani na pierwszym miejscu, ani drugim, ani nawet na trzecim i pół. Nie dam się sprowokować do tego, żeby zamartwić się na śmierć, zaharować, zarobić po kokardę, muszę znaleźć swój wyłącznik i nauczyć się go wyłączać. Nie mogę zabijać siebie po kawałku, mówiąc sobie, że nie, nie będę robić zdjęć, bo nie robię ich dobrze. Że nie będę rysować, bo nie rysuję dobrze, że nie będę nikomu niczego pokazywać, bo wstyd, obciach oraz żena stulecia. Że to i że tamto. Nie.

* * *

I to jest dobra okazja do tego, żeby wrócić do pisania. Pisanie pomaga oswoić emocje, nazwać cele, nabrać dystansu do siebie i świata, a przy okazji poprawić warsztat i odzyskać tę zadziwiającą umiejętność konstruowania zdań złożonych wielokrotnie, a przy tym lekkich jak piórko. Piszę dla siebie i wiele sądów, które notuję, zmieni się z czasem. Jeśli uznam to za stosowne, uwzględnię zmiany w późniejszych notatkach, dając tym samym dowód na istnienie mentalnej ewolucji (w którą głęboko wierzę). Warto jednak pamiętać, że mój umysł jest (pomiędzy wszystkim innym) pędzącą rzeką i wiele zdań, które zanotuję, przenigdy nie doczeka się sprostowania pomimo bezpowrotnego upływu terminu przydatności. Mój metabolizm emocjonalny jest szybki i niezawodny, sram emocjami na rzadko jak gołąb, a większość stanów umysłu to dla mnie obrazy trwające (w perspektywie wieczności) ułamki sekund. Raz pomyślane, tracę je bez żalu, przechodząc do kolejnych, a moja głowa jest jak kalejdoskop, którym nieustannie potrząsam. Nie przywiązujmy się więc do moich myśli. I nie pozwólmy sobie na to, by którakolwiek z nich dotknęła nas w czułe miejsce, na przykład to pomiędzy obojczykami.

To zadziwiające

że w ostatnich tygodniach mój organizm ma siłę sprawiać, żeby rosły mi włosy na nogach. Jest tyle ważniejszych spraw, że mogłabym posądzić go o niegospodarność.

* * *

Zgrałam wczoraj zdjęcia z aparatu. To prawdopodobnie ostatnie takie zimowe widoki. Mam nadzieję, że teraz będzie już miło i dobrze, a rajstopy (również te czerwone) będzie można spalić komisyjnie na Placu Bankowym. Nie dzieje się nic, co wywołałoby we mnie głębszą potrzebę pisania. Na skatalogowanie zasługuje być może tylko to, co złe i to, co się wrzyna w dupsko. Gdybym była młodsza, porównałabym słowa do masy perłowej, którą małże (czy inne stworzenia) wytwarzają, by otoczyć uwierające je ziarno piasku.

IMG_0806

    IMG_0851

To nie tak, jednak nie

A wczoraj dla odmiany śniło mi się, że umarłam. Ale tak tylko trochę. Leżałam na białym łóżku zakryta białą firanką, podchodzili do mnie ludzie i mówili „no proszę, umarła”. Ostatni podszedł do mnie mąż mojej ciotki, amerykański doktor od bezsenności. Wiedziałam, że jeśli on uzna, że umarłam, to koniec, dół wykopany wapnem pobielony, dobry boże a nasz panie. Doktor pochylił się nade mną i dotknął mojego czoła. „No proszę, umarła”, oświadczył, a ja bardzo chciałam powiedzieć, że nie, skąd taki pomysł, czuję się świetnie, chcę iść na spacer. Zmusiłam się w tym śnie do tego, żeby wstać, postanowiłam w tym śnie się obudzić, złapałam w tym śnie za włosy swą biedną głowę i nakazałam sobie żyć.

 O, jakże skutecznie.


IMG_3649_1
IMG_3651.

Pan od podłogi

Taka skitrana ostatnio jestem, nie mam czasu dla siebie i nie wiem nawet, jak ten czas powinien wyglądać. Moja dusza jest jak spłoszony ptak, jeden z tych, które lecą przed siebie i plask, zabijają się o ścianę.

P. zamówił pana od podłogi. Przyjdzie, oceni skalę zniszczeń i dokona kalkulacji. Kiedy pomyślę o tym, co się będzie wyrabiać przez te dwa dni, dostaję czkawki. Mam ochotę zabrać psa i wykupić półroczny turnus w hotelu Hilton Double Tree, nawet jeśli miałoby to kosztować tyle samo, co cały remont podłogi dodać obie nerki.

Mieszkamy w takim syfie, że gdyby nagle na środku wybuchła bomba, nikt nie zauważyłby różnicy. Mamy w domu tekturowe budowle dla kotów (część w formie drobnych kawałków) i kłęby moich ubrań, a do tego kocie rzygi w dwudziestu zaskakujących lokalizacjach (odkryj je wszystkie!), książki porzucone w połowie i tony dziwnych przedmiotów, które musieli podrzucić kosmici i z którymi w ogóle nie wiadomo co zrobić (pełen asortyment paprochów, urwane w połowie słomki, zmemłane gumki do włosów, morze spinaczy biurowych, znalezione kamyki, owdowiałe kolczyki). Choćbym się nie wiem jak starała, paprochy wyjdą spod podłogi, kiedy tylko zaśniemy.

Zastanawiam się, czy po skończonej akcji nie będzie trzeba tego gościa utopić. A już na pewno (i tego się będę domagać) przez kuchnię P powinien każdorazowo przeprowadzać go w worku na głowie.

Zawsze mi się zdawało, że nie można być seksownym, mając w domu czystość, porządek i równo ustawione buty. Nie poszłabym do łóżka z kimś, kto brzydzi się osadu z mydła.

* * *

Droga Sabino, przytnij proszę Niedźwiedziowi głowę tak, jak to określiliśmy w naszych wskazówkach dotyczących przycinania postaci.

Droga Ekaterino, obawiam się, że w przypadku tej okładki Wasze wskazówki nie znajdują zastosowania. Postać Niedźwiedzia została umieszczona na środku i nie widzę możliwości przycięcia mu głowy.

Droga Sabino, dziękuję za informację. W takim razie przytnij mu rękę.

[Kocham Was, Rosjanie, każdego dnia od nowa]