Z bańki

Czasami odnoszę wrażenie, że w środku mojej głowy, zamiast sprzymierzeńca, organizatora i czirlidera, siedzi diler narkotyków. I to nie taki o z Karczewa, w dresie. To diler artysta i alchemik. Wirtuoz neuronów. Posraniec wszech czasów.

Zastanawiam się, czy tylko ja tak mam, bo poród przedwczesny, rodzina dziwna, te sprawy, czy ludziom to się zdarza, ale się nie przyznają. Jeśli to tylko moja przypadłość, jeśli nikt tak nie ma oprócz mnie, to ja powinnam biznes rozkręcić i swój materiał genetyczny w postaci pastylek drażowanych sprzedawać. Oczywiście tylko w te dobre dni, w te, w których mogłabym świecić.

Nie dalej jak tydzień temu coś mi się stało w głowę. I bum. Czarna plama, ściana, beton, ni w przód, ni do tyłu. Kranik z serotoniną zakręcony, wyschnięty, poczucia sensu brak. I kiedy mówię BRAK, to mam na myśli BRAK. Na całej linii, w całym życiu. Leżysz z kołdrą zaciągniętą na łeb, łzy ciekną ci ciurkiem po twarzy jakby ci kto umarł albo jakbyś se guzek w cycku wymacała. Nic nie potrafisz, i nigdy nie potrafiłaś, olimpiady w szkołach na krzywy ryj wygrałaś, wszystko psim swędem, od dupy strony, na litość, na opak – miłość, twórczość, te rzeczy, nawet praca. Książek nie piszesz, rysunków nie rysujesz, talent wielki pod płotem zakopałaś, nic tylko walić łbem w ścianę, i jeszcze raz, jeszcze, i jeszcze, upić się, wyjść z domu i jak Wanda, co nie chciała Niemca. Wszystko jest źle, wszystko będzie źle i nic już więcej, tylko parówy z melancholii – krajobraz cmentarny, ssąca dziura. Pozdrowienia z Limbo.

A potem to przechodzi. I gdyby tylko przeszło. Problem w tym, że każdy zły trip, każdy epizod skrajnej rozpaczy występuje w mojej głowie w klamrze szczęścia, którego nie potrafię opisać. Ponieważ szczęście to jest upojne. Wszechogarniające, narkotyczne. To jest szczęście, w którym KOCHASZ CAŁY ŚWIAT i przez którego radioaktywną soczewkę CAŁY ŚWIAT JEST PIĘKNY. I to nie piękny, ale PIĘKNY. Ekstatycznie, irracjonalnie zachwycający. To jest tak, że chciałabyś ten świat połknąć, pieprzyć się z nim, jeść go łyżkami, posiadać go co chwila od nowa, przytulać i kochać. To jest tak, że wszystko wraca na swoje miejsce i świeci, a każdą z tych euforycznych chwil pamiętasz potem przez lata – jak wtedy, kiedy siedziałaś w pociągu do Torunia. Jak wtedy, kiedy szłaś Mostem Poniatowskiego trzynaście lat temu, po warsztatach dziennikarskich, z rozpuszczonymi włosami. Jak wtedy, kiedy wracałaś rowerem z Tyńca, a Wawel rósł przed tobą we mgle lśniący jak szary wieloryb. Doświadczyłam tego wczoraj. Mijałam wieczorem rozświetlony kościół, na Kadetów w Wawrze. Kościół urzekł mnie tak, że zatrzymałam się, zsiadłam z roweru i stałam oniemiała, jakby ten kościół (który mijam przynajmniej kilka razy w tygodniu i który nie ma dla mnie na ogół większego znaczenia jako cud architektury, symbol czy cokolwiek innego), jakby ten kościół był nieziemskim zjawiskiem, fatamorganą, esencją całego piękna, jakie dostępne jest w świecie. No odjazd. Bez palenia, bez brania, na endorfinach z roweru, z jakąś muzyką w uszach – odjazd totalny.

Ten kościół

Chciałabym, przysięgam, że chciałabym mieć to w tabletkach. A tabletkami z rozpaczą mogłabym truć całe pułki wojska – pafff, paffff.