RAPORT ROCZNY

flowing-acrylic-paint-4_l

Wzorem dawnej szefowej postanowiłam przyrządzić raport roczny – opowieść o tym, czego się nauczyłam w 2013, a co puściłam wolno, by tak jak ten blog, uciekło w las i szczerzyło na mnie spomiędzy drzew swoje białe kły. 

Moja głowa znów ma problem z pisaniem – po długiej abstynencji zabieram się do tego  jak pies do jeża, jakbym mówiła do lustra, jakbym miała jeść zupę pałeczkami, ubrać się we własną sukienkę od komunii, tę z białą lilijką i tiulem wokół szyi. Zamykam więc oczy, biorę głęboki oddech, zdejmuję z palca pierścionek, który przeszkadza mi pisać. I wybieram subiektywnie to, co przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o roku 2013.

1. Mam mocne zawieszenie i pancerne szyby, a straszne rzeczy rzucają cienie długie jak noże. Same w sobie zaś stanowią jedynie zadania, które musisz wykonać. 1 lutego uśpiłam Zbyszka. To był piątek. Patrzyłam, jak podają mu wenflon, zastrzyk, i tak dalej, głaskałam go, jak przestawał oddychać. A potem, kiedy mi go oddali, kiedy oddali mi rzecz, którą stał się mój ulubiony kot, kot, którego karmiłam kroplomierzem, kiedy był mały, i który musiał spać przytulony do mnie, kiedy dorósł, wzięłam w ręce jego lekkie łaciate ciałko i myślałam tylko o tym, że o Boże, to się właśnie dzieje, dzieje się to, czego się tak bałam, a ja nie uciekam, nie umieram, nie rozpadam się na kawałki kolorowej waty, tylko płaczę, tusz spływa mi po twarzy, smarki ciekną do pasa, jest mi wszystko jedno. Jeśli nie uciekłam wtedy, nie ucieknę nigdy. Nie schowam głowy w piasek, a rąk w kieszenie, nie obrócę się w proch. Śmierć Zbyszka była dla mnie jak matura próbna przed wszystkim, co mam zadane.

2. Od straty pracy się nie umiera, a przynajmniej nie od razu. Tak, tak. W maju straciłam pracę z pensją taką, za którą jako freelancer, co rzadko trzy tysiące w jednym kawałku oglądał, w tamtych czasach dałabym się pokroić. Nie, nie zabiło mnie to. Nie dostałam nawet doła, nie chodziłam od ściany do ściany skowycząc i obgryzając farbę jak pies z niedoborem wapnia. Poczułam się wolna. Jeździłam po lesie rowerem ile fabryka dała, a słońce zostawiało mi na twarzy jasne piegi. Przestałam się malować, spałam do dziewiątej i piłam obłędną kawę, zagrzebana w pościeli razem z moimi kotami i z leniwymi planami, które obejmowały wyłącznie najbliższy dzień. Miałam w domu porządek i jadłam szpinak z suszonymi pomidorami, które kupowałam, mimo że, jak na wiele innych rzeczy, nie było mnie na nie stać. Chodziłam również do kina w Falenicy, obejmowałam dłońmi kolana i tak, w pozycji embrionalnej, oglądałam wszystko jak leci. Pewnego dnia wyświetlali skandynawski film, w którym autobus wjeżdża na cienki lód, po czym powoli zapada się pod wodę. Wstawiłam tę scenę do muzeum scen, które noszę w głowie.

3. Powinnam rysować. Jeśli jest coś, co POWINNAM, to jest to właśnie to. W czerwcu zapisałam się na studia do Łodzi i zapomniałam o tym do października. A potem to ruszyło. Jak dla mnie – lawina. Moje zwyczajne życie, moja zwyczajna praca, moje zwyczajne chandry służą mi teraz do tego, żebym nie zwariowała – każdy wyjazd do Łodzi to jest jak podróż w nieznane, zanurzanie się w niezgłębionym oceanie wspaniałości, w niebie tuszu, atramentu, akwareli, zapachu terpentyny, wiórów z ołówka, w którym nurkuję z obłąkanym uśmiechem na ustach jak Sknerus McKwacz w swoim skarbcu. Kiedy byłam mała, chciałam mieszkać w chmurach, w wielkich waniliowych lodach – i wiecie, rysowanie to są te moje wielkie waniliowe lody, poczucie właściwości, odpowiedniości, adekwatności, flow nie z tej ziemi, wiara, że gdybym miała do końca życia robić już tylko jedno – to byłoby właśnie to.

Oczywiście, jest wiele rzeczy, których się nie nauczyłam, które olałam, odpuściłam, a także takich, na których się wyłożyłam jak słoń na ślizgawce. Przestałam pisać recenzje dla Nowych Książek, a ostatnia z powieści, jakie od nich dostałam, leży w szufladzie mojego biurka rozpalona do czerwoności i dzień po dniu budzi we mnie głębokie poczucie winy. Zamierzam zapakować ją w ładną kopertę, dołączyć ładną kartkę i serdecznie przeprosić za swoje bumelanctwo, po czym życzyć im szczęśliwego nowego roku i reszty życia beze mnie. Zdaję sobie sprawę z tego, że to koniec, ale nie potrafię znaleźć w sobie argumentów do walki. Wymiękłam, nie byłam w stanie tej książki przeczytać, a co dopiero napisać o niej pięciu tysięcy pięciuset znaków doskonale wyważonego tekstu.

Nie nauczyłam się również oszczędzać – a co gorsza, w ostatnim miesiącu w wydawaniu kasy przeszłam prawdopodobnie samą siebie. Piszę o tym w poczuciu przyzwoitości i czegoś na kształt obowiązku dokonania samokrytyki, żywiąc w głębi duszy przekonanie, że oszczędzanie w moim przypadku byłoby tak samo uzasadnione jak nauka pisania lewą stopą, doszycie sobie fiuta z parówki albo celibat. Wydawanie pieniędzy jest jedną z największych przyjemności, jakie znam, i dopóki sama na to hobby pracuję, a pracuję dużo, oszczędzanie, którego podstawą jest przekonanie, że „tak trzeba” wydaje mi się, najogólniej rzecz biorąc, głupie. Nie znoszę podróży, nie piję i nie palę, nie mam dziecka ani samochodu. Pieniędzy na swoje torebki, buty, sukienki i perfumy nie odbieram nikomu od ust. Zarabiam je nocami, tłumacząc relacje z targów pogrzebowych Paris Funeraire 2013. Że ograniczę się tylko do tego jednego przykładu.

Przyzwyczaiłam się za to do jedzenia dziennie pięciu posiłków, z których każdy zawiera warzywa i owoce. Udało mi się również nie obciąć włosów. No dobra, obcięłam je raz, w lutym, ale od tego czasu wytrwale omijam nożyczki oraz zdjęcia Jean Seberg.