Opowieść o zrozumieniu

Na Francuskiej jest sklep papierniczy. Na pierwszy rzut oka jest to zwyczajny sklep. Ja go nawet lubię, bo w miarę po drodze, blisko przystanku, i tak dalej. Mają ecolinę we wszystkich kolorach tęczy, rewelacyjne pędzle, papiery o boskiej fakturze i całą masę innych rzeczy, które zaczynają mi być niewiarygodnie potrzebne w tej samej chwili, w której dowiaduję się, że istnieją. Jest tylko jedna buba. Buba polega na tym, że żadnej z tych cudownych rzeczy nie możesz ot tak kupić. Możesz ją sobie wywalczyć, jak ci się będzie chciało. I tak, mówię serio, i nie, nie zmyślam. Jedźcie i sami sprawdźcie.

Do sklepu zaglądam co jakiś czas z pewną masochistyczną radością, żeby się przekonać, czy opary absurdu przypadkiem nie wywietrzały i za każdym razem upewniam się, że nie, skądże znowu – trzymają się dzielnie i pod względem konsystencji z oparów zaczynają zamieniać się w gluty.

– Czy jest papier do akwareli? – pytam na przykład w zeszły czwartek, bez okularów widząc, że jak byk jest. – Nie ma – odpowiada tymczasem baba głosem nieznoszącym sprzeciwu i przysięgam, że całym swoim ciałem wykonuje ledwie zauważalny podryg, gest przemieszczenia się za ladą na strategiczną pozycję, w której kąt z papierami znika z mojego pola widzenia. – Ale przecież widzę, że jest, za panią, ten blok, o tam – mówię, ponieważ nie jestem w tym sklepie po raz pierwszy i znam wszystkie figury, jakich wymaga tu zawieranie transakcji. – To nie jest blok do akwareli – mówi na to pani. To jest do PASTELI. – Okej, mówię, niech będzie do pasteli. Jak zwał, tak zwał – w swoich zabawach używam wszelkich dostępnych technik i wiem, że między różnymi rodzajami grubego papieru jakiejś tam diametralnej różnicy nie ma, na pewno nie dla mnie. – W tym bloku nie można malować akwarelami – mówi na to pani tonem wskazującym na znajomość przepisów prawa, które takich praktyk zabraniają pod karą administracyjną. – No dobrze, to będę malować czym innym, poproszę. – Ale on kosztuje trzydzieści złotych – pani rzuca we mnie ostrą jak nóż ripostą ostatniej szansy i łypie na mnie czujnie, czekając na reakcję. – Nie szkodzi – mówię tymczasem hardo, ponieważ jestem świadoma tego, ile kosztuje blok do akwareli. – No wie pani – odpowiada na to baba – nie dałabym w życiu trzydziestu złotych za blok.

Tamtego dnia oprócz bloku kupiłam również rurę do papieru, z którą można lansować się na mieście, garść pisaków, kredek i trochę pędzli. Prośba o każdą nową rzecz okupiona została wielkim zdziwieniem i wieloma próbami wybicia mi z głowy podobnych fanaberii. Kiedy płaciłam, pani rzuciła okiem na moja kartę i nie omieszkała poinformować mnie o tym, że mój bank jest niegodny zaufania, oszukuje ludzi i nocą wysysa im z kont pieniądze. – Moja znajoma tak miała, wie pani – bank jej zabrał wszystkie pieniądze, wszystkie, rozumie pani?

– Rozumiem, powiedziałam, ponieważ w moim życiu zrozumienie jest od lat jedynym dobrem występującym w nadmiarze, i dlatego nie szkoda mi garściami rozdawać go bliźnim.