Nowa Sarzyna | 21 października

W czytaniu kronik jest coś głęboko pocieszającego, i nie w czytaniu bardzo starych zapisków, takich, że 10 czy 15 lat wstecz (tu wręcz przeciwnie, mimo pewnych wyjątków żal dupę ściska), ale w czytaniu opowieści sprzed miesiąca czy dwóch. To trochę tak, jakby spotykać się z samą sobą, iść na randkę z samą sobą i tworzyć z samą sobą relację, intymny związek, miłość i przeogromną przyjaźń, która musi wystarczyć do końca życia. Myślę, że gdybym była w stanie uprawiać ten dialog codziennie, zapisując rzeczy zarówno fundamentalne, jak i zupełnie błahe, pozbawione sensu czy naznaczone obsesją, redundantne do porzygania, byłabym znacznie bardziej stabilna psychicznie. O ba, byłabym niezatapialna.

wodny

Przeżywam tymczasem jazdy o nowym ciężarze gatunkowym, w zupełnie nowym stylu i w nowym repertuarze. Jazdy, w których coś we mnie mówi mi najgorsze rzeczy, jakie mogę wymyślić (a znając się najlepiej, potrafię zadawać rany z chirurgiczną precyzją i wstrząsającą kreatywnością). Rzeczy, które są absurdalne, jeśli pomyśleć o nich na chłodno, pięć dni potem, kiedy już się je sobie powiedziało, a w tej absurdalności bolesne jak diabli, i, mam wrażenie, bardzo destrukcyjne. Kiedy byłam mała, mój brat bił mnie na oślep po twarzy, taki miał sposób na kontakty ze światem, i myślę sobie, że w tych ranach zadawanych z taką wirtuozerią samej sobie jest wiele z logiki dwulatka okładającego cię po gębie – żałosne to i zasługujące na litość, a mimo wszystko boli, mimo wszystko możesz, przy odrobinie szczęścia, dostać w oko. Dziś, kiedy siedzę na łóżku w hotelowym pokoju w Nowej Sarzynie (hotel jest obskurny, na biurku leży kinkiet – ktoś chyba uznał, że może równie dobrze służyć za lampkę na biurku, i pewnie by mógł, gdyby się nie przewracał), kiedy więc siedzę w hotelowym pokoju przy jasno zapalonych światłach, to wszystko, co sobie powiedziałam, wydaje mi się stosunkowo zabawne, ale wiem też, że za dzień, dwa albo za miesiąc to znów do mnie przyjdzie i będę odczuwać przemożną chęć skrzywdzenia się na każdy ze znanych sposobów. Podczas ostatniej z tych sesji zapisałam się do psychiatry, ale dziś, kiedy siedzę w świetle, wydaje mi się to pozbawione sensu i kompletnie nie na miejscu, oszalały syndrom Munchausena i skrajnie nieodpowiedzialne próby zwrócenia na siebie uwagi. Kłopot w tym, że to wróci, że pewnego dnia, wieczorem albo rano, będę się czuła tak, jakby w moim ciele mieszkała druga, konkurencyjna dusza, dusza, która jest karłowata, czarna, głucha i ślepa, i której podstawowe zainteresowania to śmierć oraz krew (albo – krew oraz śmierć). Chciałabym móc znaleźć w sobie siłę, żeby to kontrolować, chciałabym, żeby ktoś przypinał mnie pasami do łóżka, żeby wiązał mi ręce, żeby trzymał głowę, chciałabym umieć zminimalizować straty, bo na razie jest tak, jakbym srała na rzadko pod ciśnieniem, a potem, kiedy to mija, patrzyła na obsrany świat i z zażenowaniem przystępowała do sprzątania. A sprzątanie po swojej złej duszy jest za każdym razem coraz trudniejsze, coraz bardziej wyczerpujące i coraz mniej efektywne. Gówno wchodzi w szczeliny świata tak głęboko, że w niektórych miejscach może pozostać na zawsze.

* * *

Więc na dziś nie idę do psychiatry. Postanowiłam więcej ze sobą rozmawiać, więcej do siebie pisać, postanowiłam dbać o siebie jak o swoje dziecko. Przeczytałam gdzieś kiedyś, że dojrzałość polega między innymi na tym, że jesteś w stanie przewidzieć ataki swojej złej duszy (och, oczywiście, tekst był w Polityce, w związku z czym to infantylne sformułowanie nie zostało użyte eksplicytnie), że jesteś więc w stanie przewidzieć to, co sprowadza cię do stanu miotającego się dwulatka, i jesteś w stanie zapobiec temu, zanim to się jeszcze wydarzy. Ciekawa sprawa. Teraz, w hotelu w Nowej Sarzynie, wydaje mi się to całkowicie rozsądne, możliwe do zrobienia i leżące w granicach moich możliwości. Bez jaj, jak by nie było, jestem ogarnięta, skończyłam studia, zrobiłam prawo jazdy i Atlas świata My Little Pony.