Na szafocie

Moje życie niebawem zrobi się tak przewidywalne, że jedyne, co mi pozostanie, to opisywanie snów, w których nie ogranicza mnie przyzwoitość.

Skończyłam dziś na szafocie – jakkolwiek by to brzmiało – i jestem nadal pod wrażeniem tej książki, Myślę jej składnią, mam ją w głowie, nie zdążyła jeszcze wyparować, unosi się nad wszystkim. Swoją drogą ma to jakiś głęboki, pragmatyczny sens. Siedząc u dentystki, myślałam o Annie Boleyn, jej adamaszkowym kornecie oraz białym czepku, który miał zmieścić wszystkie jej włosy. Oraz o mistrzu małodobrym, który występował w ubraniu zwykłego młodzieńca po to, by królowa nie wpadła w panikę w swojej drodze na szafot, nie potknęła się, nie straciła głowy zanim będzie mogła stracić ją oficjalnie w majestacie prawa. Czym jest wobec tego twoja plomba, czym jest perspektywa noszenia w zębach drutów, czym jest konieczność uiszczenia opłaty w wysokości złotych trzystu pięćdziesięciu i czym jest wreszcie świadomość, że tuż po powrocie do domu jak zawsze pogryziesz się w język, ponieważ wciąż i wciąż brak ci cierpliwości.

Kiedy miałam 15 lat i po raz pierwszy przeczytałam Małą apokalipsę, wizja śmierci z pełną świadomością umierania podziałała na mnie tak piorunująco, że przez kilka nocy z rzędu, gdy zamykałam oczy, wydawało mi się, że nie żyję, a cienie za moimi drzwiami to zmarli, którzy ochoczo i z wdziękiem zapraszają mnie do swojej drużyny. Wujek Janusz, który powiesił się w szafie. Wujek Leon, którego nigdy nie widziałam. Dziadek Rysiek, którego kochałam najbardziej na świecie i który uczył mnie rozwiązywać supły na sznurówkach. Mój pierwszy pies Cygan, z którym nikt nie wychodził na spacery, i który umarł na raka żołądka tego lata, które ja spędziłam w Ameliówce, ukrywając przed światem jedną ze swych ówczesnych miłości i pierwsze tampony OB. Kilka tysięcy bezimiennych kotów, które miałam w ręku raz czy dwa i które ginęły potem bez wieści, by zrobić miejsce swym synom, wnukom, prawnukom, kolejnym pokoleniom bezimiennych kotów o takiej samej konstelacji burych łat na białych brzuchach. Zamykałam oczy i wszystko to widziałam. Zawiesiłam nad łóżkiem parawan tak, by nikt nie przeszkadzał mi w odprawianiu swej śmierci i zapadałam się w nią, przeżywając pierwsze w swoim życiu chandry z prawdziwego zdarzenia, przy których łzy same toczą się po policzkach i wsiąkają w poduszki.

Zbliżała się wiosna. Pora była jak teraz, kiedy kałuże zamarzają na noc i odmarzają rano, kiedy trawa przypomina zamrożony szpinak, a tobie robi się smutno, ponieważ kolejny raz zapomniałaś, że wiosna, nawet jeśli przyjdzie, niczego w istocie nie zmieni. Tamtej wiosny, jakieś osiemnaście lat temu, zdrapałam pieprzyk na plecach i poczułam się tak, jakby gorzkie żale śpiewane po kościołach były – co do jednego – dedykowane mnie, która przez ten zdrapany pieprzyk i przez mroczne wizje konsylium swych drogich zmarłych, sama siebie określałam łacińskim imiesłowem morituri, to znaczy mająca umrzeć.

Poszłam do dermatologa. Wyobrażacie to sobie, piętnastoletnia dziewczynka, która jest w istocie trzydziestoletnią kobietą, podrabia podpis rodziców w dzienniczku, zwalnia się z lekcji i za pieniądze, które otrzymywała na bułki, wafelki, zapiekanki, na wycieczkę szkolną, wybiera się do dermatologa, do Alfy na Ordynackiej. Idzie schodami w górę, płaci za wizytę, ma na sobie kilkanaście kilo nadwagi i granatowy sweter z warkoczem wokół szyi, siada w poczekalni z plecakiem na kolanach i kiedy dermatolog wreszcie ją przyjmuje, patrzy mu prosto w oczy i z pełnym przekonaniem mówi –  wiem, że umrę, pani doktor. Niech mi pani tylko powie, kiedy.

Wydaje mi się, że moja kancerofobia urodziła się właśnie w tym momencie, a jej ojcem chrzestnym jest nikt inny, tylko Tadeusz Konwicki, który wymyślił Małą apokalipsę i opisał świadomą śmierć tak sugestywnie, by w jedną noc zmienić dziewczynkę w kobietę bez użycia penisa.

Siedząc więc u dentystki, myślałam o Annie Boleyn oraz o jej białym czepku, który musiał pomieścić wszystkie te włosy.