Mordercą jest detektyw

W styczniu ubiegłego roku zapłaciłam czterysta złotych kary za książkę, którą na pierwszym roku studiów wypożyczyłam z biblioteki na Kicu. Na początku próbowałam machać rękami, niemrawo coś negocjować, obiecując bibliotece haracz i lenno w postaci innych książek. Gdy to nie przyniosło rezultatu, udawałam, że  nie  mam nic wspólnego z osobą, która wypożyczyła książkę, ponieważ w bardzo poważnym piśmie, które otrzymałam, moje żydowskie nazwisko zostało zapisane z podwójnym n. Następnie, zacisnąwszy zęby, postanowiłam zachować godność, zrezygnować z przejazdów minibusem, kawy na mieście i kilku drobnych przyjemności, i karę zapłacić w ratach (byłam wówczas, jak zresztą przez większość życia, w finansowych tarapatach).

Książka, która kosztowała mnie cztery stówy, nosiła tytuł Horla i stanowiła kronikę postępującego obłędu. Zważywszy na to, że jej autor, niejaki Guy de Maupassant, spędził ostatnie kilkanaście miesięcy życia, leżąc na łóżku i słuchając komunikatów, które zza ściany kierował do niego Ten Drugi, można przypuszczać, że kronika była autentyczna. Niemniej, tak czy inaczej, niewarta czterystu złotych.

Ale  nie o to chyba ze wstrętem do bibliotek idzie.

Ja się tam chodzić, najzwyczajniej w świecie, boję. Boję się bibliotekarek, tych strasznych kobiet o długich nosach zaprojektowanych do przerzucania fiszek w katalogach kartkowych.  Boję się ich małych załzawionych oczu i okularów spuszczonych na dół twarzy, boję się tego, że kiedy na mnie patrzą, swędzi mnie skóra i zawsze, ale to zawsze mam poczucie, że one wiedzą o mnie wszystko. Widziały, jak jechałam na gapę autobusem, a teraz wiedzą, że chcę zabrać im książki, że biorę je tylko po to, żeby wznieść z nich stos na balkonie i podpalić je wszystkie, po czym rozebrać się do naga i tańczyć dookoła ognia pogański taniec triumfu.

Inna rzecz, książki jako takie.

Od wczesnej młodości odczuwam do książek z biblioteki estetyczny wstręt.  Większość znanych mi placówek (włączając w to 20 bibliotek, do których w dzieciństwie zapisała mnie zbanowana bibliotekarsko Cesarzowa), okładało książki tak, że przypominały źle ubrane kobiety – wiecie, te w cielistych podkolanówkach, z czarnymi włosami na nogach, w ogromnych spranych stanikach przypominających balony zeppelinów. Folia albo papier, gęsia skórka na boku i numer wypisany wołami czarnym flamastrem, paździerz nad paździerzami. Przypuszczałam, że tak musi być zawsze, że tego się nie da uniknąć. Pewnego dnia jednak dorosłam, po czym poszłam na studia.

Tam czekał na mnie buw.

Książki z buwu to było co innego. Uwielbiałam je wszystkie i traktowałam po trosze jak element codziennego lansu, stylowy gadżet, który mówi o tobie to, o co go poprosisz. Te książki olśniewały swoją europejskością, klasą, stylem, wszystkim. Obłożone w introligatorskie oprawy, z niebieską plakietką na grzbiecie, nie były spokrewnione z książkami z biblioteki (pogięty Masterton z pozlepianymi kartkami, wyświechtany Ludlum we folii, King, który wyglądał, jakby krowy czytały go w oborze jedna drugiej). Rodzinę książek z buwu stanowiły równe trawniki Cambridge i strzeliste wieże Oxfordu, ich krewnymi byli profesorowie w tweedowych marynarkach, piękne chude dziewczyny w grubych okularach, wszyscy ci mądrzy, roztargnieni ludzie, którzy podnoszą na ciebie oczy z uważną sympatią i czujesz się wtedy tak, jakby po twoim sercu spływało fondue z czekolady.

Nie wiem, dlaczego nie można tego zrobić gdzie indziej. Gdyby książki z biblioteki zechciały lepiej wyglądać, przysięgam, że dałabym spokój z kupowaniem, zabijając na śmierć rynek wydawniczy, nawet jeśli miałabym w ten sposób strzelić sobie w stopę.

Tylko w wypożyczonej książce możesz znaleźć na stronie piątej bezcenną notatkę „mordercą jest detektyw”.

.