Mała Gruba Dziewczynka

Mała Gruba Dziewczynka mieszka we mnie od lat. Całymi dniami zadziera skórki wokół paznokci i boi się, że nie sprosta oczekiwaniom tego świata. Prawdopodobnie jest nieśmiertelna.

Dawno, dawno temu, będąc grubą Sabinką i wzorową uczennicą, myślałam, że kiedy będę dorosła, przestanę się wreszcie bać. I to nie nagłej a niespodziewanej śmierci albo tego, że mi kot zleci z pierwszego piętra i się rozbryzga na betonie, na to nigdy chyba nie miałam nadziei. Myślałam za to, że przestanę się bać pani z biblioteki, srogiego policjanta, pierwszego lepszego dziada na ulicy, który z jakiegoś tam powodu zwróci mi uwagę. Wała.

W moim 32 letnim ciele, gdzieś w okolicy wyrostka robaczkowego, żyje sobie Mała Gruba Dziewczynka, która sra w gacie na myśl o tym, że zachowa się nie tak, jak powinna. Czasami udaje mi się ją stłamsić, wyłączyć, odwrócić jej uwagę, halo, halo, ptaszek leci, pstryk. Za każdym razem mam jednak świadomość, że prędzej czy później ona się obudzi. A jak się obudzi, to mnie zje.

Nie wiem, kto wymyślił, że to ma być akurat Mała Gruba Dziewczynka, a nie fajne dziecko, którym była wcześniej, albo bardzo rozsądna nastolatka, która z niej wyrosła. Każdy inny etap mojego rozwoju byłby lepszy niż to, co we mnie zostało, przerażona nadodpowiedzialna kujonka, która prędzej odgryzie sobie język, aniżeli powie komuś coś, co mogłoby być na przykład niegrzeczne. Zostawić mi taki komponent i iść – no to trzeba mieć poczucie humoru jak sto pięćdziesiąt.

Tak więc z dziecinnych oczekiwań wobec dorosłości zostało to, co widać. Kiedy wysyłam maila i nie dostaję na niego odpowiedzi, sprawdzam, czy w treści nie zamieściłam przypadkiem steku obscenicznych wyzwisk, a kiedy jakaś ciotka sztorcuje mnie na ulicy za to, że mam za krótką kurtkę, grzecznie słucham tego, co ma do powiedzenia, tłumacząc sobie w głowie, że pewnie jest samotna i że pewnie musi. Kiedy ktoś na mnie wrzeszczy, zaciskam zęby i myślę kurczę, ja zaraz wyjdę, a on/ona zostanie ze sobą na zawsze, a kiedy ktoś mówi mi, że coś robię źle, kładę po sobie uszy i modlę się, żeby już przestał. Dokładnie tak jak wtedy, kiedy dostawałam czwórkę zamiast piątki i pani od matematyki patrzyła mi w oczy, pytając, co się ze mną dzieje. Dotarło to do mnie ostatnio, kiedy chodziłam po lesie z psem i kiedy pijak, którego znam z widzenia, zapytał mnie, czy przylazłam z tym psem aż z Wału Miedzeszyńskiego.

- Tak – odpowiedziałam pijakowi zgodnie z prawdą, na co on, najwyraźniej ośmielony, zwrócił mi uwagę, że mój pies jest źle wychowany i rządzi mną, podczas gdy powinno być odwrotnie. Komponent mojej osoby zwany Zołzą (posiadam też taki) miał ochotę powiedzieć spieprzaj dziadu i iść sobie dalej, ale w tym momencie do akcji włączyła się Mała Gruba Dziewczynka, która zaczęła opowiadać ćwokowi historię życia psa, warunkującą taką, a nie inną jego kondycję (bla, bla, bla), mając jednocześnie świadomość, że nie, nie tłumaczy to w żaden sposób faktu, że pies jest niewychowany i tyle. Zanim ogarnięta część mojej osoby zdążyła uciszyć zarówno Zołzę, jak  i Małą Grubą Dziewczynkę, czułam się już jakbym się w majty zsikała. Czemu ty w ogóle wchodzisz w takie dyskusje? – pytała Zołza. – Ojej, ojej, musisz wychować Basię, bo ludzie się z ciebie śmieją – mówiła Mała Dziewczynka. – Jak się będziesz przejmować ludźmi, to zawsze będziesz ich niewolnikiem – chciała zamknąć sprawę ogarnięta część mnie, ale i tak jej nie wyszło. Do domu wróciłam wkurzona na wszystko – na psa, na ćwoka i na Grubą Małą Dziewczynkę, która siedziała w jakimś zasranym kąciku mojej duszy i nerwowo mrugała oczami.

Cały czas myślę, że kiedyś uda mi się ją stamtąd wyrzucić. Albo przynajmniej wytłumaczyć jej, że ma siedzieć cicho. Że mam 32 lata i czas najwyższy, żeby ona także wzięła się w garść i dorosła, a nie siedziała i bez końca, dzień po dniu, zadzierała sobie do krwi skórki przy paznokciach.

ikona wpisu:
Photo credit: @Doug88888 / Foter / CC BY-NC-SA