Spełnienie marzeń

Ciuchowy blog to jest dla mnie coś jak jazda samochodem. Pływanie żabką. Albo pisanie powieści. To coś, o czym zawsze marzyłam, i co mi się prawie udawało aż do chwili, gdy kończyło się dotkliwą porażką. Do trzech razy sztuka.

Powodów, dla których powinnam zaangażować się w swojego trzeciego ciuchowego bloga właśnie teraz, a nie w grudniu po południu, jest kilka. Powód pierwszy – od prawie pół roku pracuję w domu. W Miedzeszynie nad Wisłą. Parę kilometrów dalej rozciąga się Saska Kępa, ale żaden ferment tu nie dociera, zapewne z powodu Trasy Siekierkowskiej, co leci w poprzek i ferment skutecznie zatrzymuje. W Miedzeszynie nikt o niczym nie wie i o niczym nie słyszał, nic tu nie ma i na nic, poza obwodnicą Warszawy, raczej się nie zanosi. Nawet gdybym ubrała się nie wiadomo jak zjawiskowo, jedyne miejsce, do którego mogę iść, to pracownia Marzeny albo sklep spożywczy pod spodem. O ile jeszcze pójście do Marzeny ma głęboki modowy sens, o tyle lans w spożywczaku to nie jest to, o czym kotek marzył od dziecka. Ergo, przez większość czasu snuję się po domu w stylizacjach, o których kiedyś pisałam. I wcale, ale to wcale mi się to nie podoba. Ciuchowy rozdział bloga ma mnie ustawić do pionu, ma mnie zmusić, żebym wygrzebała spośród setek milionów spódnic i sukienek, tysięcy bluzeczek i nieprzebranych ilości dodatków zestaw, w którym nie wyglądam jak cieć. Żebym ten zestaw pokazała, i żeby ktoś, poza panią ze spożywczaka, go zobaczył. Powszechnie wiadomo bowiem, że są tylko trzy rzeczy, które mogą sprawić, żeby mi się chciało, a mianowicie: kasa, lans i głęboka wewnętrzna potrzeba granicząca ze świętym posłannictwem. W przypadku ciuchów kasa & potrzeba odpadają. Zostaje brzydkie słowo na L, od którego jestem uzależniona od wczesnej podstawówki.

No ale to nie koniec. Drugi powód trzeciego podejścia do ciuchowego bloga jest jeszcze bardziej prozaiczny. Zamierzam bowiem na własne potrzeby stworzyć coś na kształt szmacianego menu, do którego będę zerkać wtedy, gdy ogarnie mnie dobrze znane poczucie, że nie mam co na siebie włożyć. W chwilach tej odzieżowej grozy, zamiast załamywać ręce, zajrzę do bloga i problem z głowy. Fajnie, co?

Trzeci powód jest zaś zupełnie od czapki. Zauważyłam bowiem, że moje ciuchy przestają mi się podobać z chwilą, gdy stają się moje. Albo kiedy są na mnie, a ja na siebie patrzę. Zachwyt nad wzorem sukienki, kolorem szalika czy architekturą torebki odzyskuję dopiero spoglądając z dystansu. Wystarczy pożyczyć coś, dajmy na to, matce. Albo ubrać w to manekin. Albo wystawić na allegro. I już. To naprawdę MOJE? Moje rodzone ciuchy? Krew z krwi i kość z kości? O ludzie, nie miałam pojęcia, że są takie fajowe! Odnoszę wrażenie, że patrząc na swoje zdjęcia, szczególnie te wykonane dwa czy trzy dni wcześniej, odzyskuję wiarę we własną szafę, a ta (wiara, choć szafa także) jest do zbawienia koniecznie potrzebna.

Wiecie już więc, skąd ten pomysł.

9 października 13Jeśli po tym wszystkim macie jeszcze ochotę zerknąć na zdjęcia, zapraszam. Zdjęcia są próbne. Na rozgrzewkę. Wszystkie ciuchy, które na sobie mam, pochodzą z lumpeksu (nie pamiętam którego, ale pewnie z Otwocka). Torba jest od Black Lily (torby od Black Lily, które kupuję tu zasługują na osobną notkę, którą kiedyś napiszę). Czapeczka, która wprawia mnie w dobry humor, jest nie wiem skąd (pewnie też z Otwocka). Kot jest z domu i nazywa się Zbigniew Pałąk. Musiałam go trzymać, żeby nie zwiał podczas sesji zdjęciowej, ale przyznacie, że nieźle się komponuje, znaczy, prawie go nie widać.

1 Thought.

  1. Nie odniosę się do samego szafobloga, gdyż temat jest mi obcy, choć ma Wybranka czytuje. Ale Zbigniew Pałąk… Zdrowe imiono. Me likey. Jak mi się trafi kiedyś zwierzę płci męskiej (jak na razie w domu poza mną chromosom Y posiada jedynie Euzebiusz Król, ale on już jest nazwan od lat, zaś Wybranka i koty w ilości sztuk 3 to wszystko dziewoje), dam mu na imię Solex. Albo Weber. Albo najlepiej Pierburg.

    Niezorientowanym wyjaśniam, że wszystko to są firmy robiące (zazwyczaj drzewiej) gaźniki. Taki pierwiastek złomnika w zwierzu domowym.

Comments are closed.