Listy z Siedmiogrodu

Pisałam kiedyś o tym, że jako dziecko byłam istotą wyalienowaną i samotną, z oczami wywróconymi do środka swojego świata i patologicznym w swoim bogactwie życiem wewnętrznym. Czytałam Pawlikowską-Jasnorzewską, wymyślałam powieści i wyobrażałam sobie, że jestem dwunastą księżną Siedmiogrodu, Mołdawii i Wołoszczyzny. Kiedy zorientowałam się, że niczego więcej, poza mną i mną, nie potrzeba mi w zasadzie do szczęścia, poczułam się wolna, a echo tego odkrycia tłucze się po moim sercu do dziś, dając miłą pewność, że można mi zabrać wszystko, oprócz mnie samej.

 Z potrzeby niezależności, a po trosze także z chęci wykonania sobie w głowie czegoś w rodzaju rezerwatu dla samej siebie (podstawówka na Pradze, fikołki na wuefie, nadwaga, brzydkie rajstopy), zbudowałam sobie w głowie schizofreniczną rzeczywistość, w której przebywałam mniej więcej do piętnastego roku życia. Rzeczywistość ta była realna do tego stopnia, że dziś, kiedy o tym myślę, z trudem przychodzi mi oddzielenie tego, co było wytworem mojej głowy, od tego, co wydarzyło się lub tylko mogło wydarzyć się naprawdę.

Moja miłość do siedmiogrodzkiego księcia-wampira rozbuchała się tak bardzo, że książę zaczął pisać do mnie listy. Na potrzeby tego romansu opanowałam kilka eleganckich stylów pisma. Pokrywałam nimi całe połacie cienkiego jak tafla lodu papieru śniadaniowego, który znakomicie (w moim przynajmniej odczuciu) imitował pergamin. Sama do siebie wypisywałam ekstatyczne wyznania miłosne, informowałam się o swej nieustającej tęsknocie, a także o tym, jak krwawo wschodzi dziś słońce nad Siedmiogrodem. Aby zapomnieć, co też wymyśliłam, każdy taki list chowałam na kilka tygodni w swym zielonym wyliniałym tapczanie (z Siedmiogrodu nie przyjdzie przecież w dwa dni), po czym wysyłałam sobie pocztą i czekałam na doręczenie z wypiekami na twarzy.

Po jakimś czasie uznałam, że listy to za mało, jak na taką miłość, i zaczęłam przysyłać sobie prezenty.

To był dopiero odjazd. Potrafiłam ciułać kasę przez długie tygodnie, odmawiając sobie rakotwórczej gumy turbo, wafelków kukuruku, andrutów, zapiekanek i innych przyjemności dostępnych w szkolnym sklepiku, by wreszcie w domu towarowym Kamionek nabyć broszkę z Jabloneksu, prawdziwy złoty pierścionek (w tym przypadku zapiekanek i wafelków odmawiałam sobie dość długo) albo sznur sztucznych pereł, wyjętych wprost z rodowego skarbca mojego księcia. Pakowałam te precjoza najpiękniej, jak umiałam, dołączałam wykwintną (wedle ówczesnych standardów) kartkę pocztową, przewiązywałam wstążką i również wysyłałam sobie pocztą.

Poczta polska zawdzięczała mi wiele na długo przed tym, zanim zdążyłam uzależnić się od allegro.