L’accordeoniste

Zapisać zanim zapomnę.

Szedł taki mały przez tramwaj, jedynka, Muzeum Powstania Warszawskiego. Akordeon, kubek na drobne, śmierdział kiełbasą, miał czarne włosy i czerwoną twarz, mógł mieć lat 12 albo 52. Wrzuciłam mu złotówkę, zawsze wrzucam, ponieważ – możecie się ze mną nie zgodzić – ponieważ ci akordeoniści w tramwajach to jest dla mnie zjawisko, skarb, to jest podróż w świat równoległy, w jakiś taki sen, film, w jakiś czas bez czasu. Uśmiechnęłam się, nie mogłam się nie uśmiechnąć. Usiadł na przeciwko mnie i zaczął śpiewać, wyglądał jak od Kusturicy, przysięgam, tkwiłam tam w tym tramwaju, oniemiała od uśmiechu, wpatrując się w okno i we własną głowę, a on śpiewał w jakimś dziwnym języku, który mógł być równie dobrze rumuński i każdy inny.

A potem, kiedy wysiadłam, miałam takie poczucie, obezwładniające i pijane poczucie, że

życie jest piękne

jest piękne

jest piękne

jest takie piękne, że aż ściska za szyję

w tym słońcu, z dziewczyną na rowerze, z jej rajstopami w kolorze fuksji, z brudnym chłopakiem, który śpiewa dla ciebie, z nagłą, oszałamiającą zmysłowością wszystkiego, ze złotym popołudniem przedostatniego dnia września, z akordeonem

akordeon kojarzy mi się z moim ojcem, z tym, że jest noc, a oni siedzą oboje naprzeciwko siebie, moja matka ma łzy w oczach, kocha go jak szalona, a on gra na akordeonie tak pięknie, że żal, żal jego talentu, tego i wszystkich innych

kojarzy mi się z tym, że ja patrzę na nich przez drzwi mojego pokoju i wiem, gdzieś na dnie mojej głowy dziecka wiem, że mam to zapamiętać, ponieważ to jest najszczęśliwszy moment mojego życia