Kurtka

Nie pozwalam sobie zazwyczaj na opowieści o ciuchach, ponieważ czuję, że byłyby one żałosne i monotematyczne jak zeznania alkoholika. Pomimo licznych obietnic składanych sobie, a także mbankowi, nie przestaję ich kupować i zastanawiam się, czy nie warto raźnym krokiem przejść nad tym do porządku dziennego, przestać wreszcie wkręcać się w tę sadomasochistyczną rozgrywkę pomiędzy sobą a sobą, skończyć z nieustającym kacem odzieżowym, którego może złagodzić jedynie klin o poranku. Ale koniec o tym, o kacu i klinie będzie kiedy indziej. Kupiłam bowiem kurtkę. Niemal identyczną jak ta, którą kilka miesięcy temu sprzedałam A. – ponieważ ubrania to dla mnie również rodzaj lokaty, i kiedy czuję uwodzicielski chłód pętli na szyi, sprzedaję je na potęgę.

Kupiłam ją więc za 20 zł i aby to udowodnić, wklejam skan z aukcji.

marynarka

 

 

20 zeta? Serio? Kupiłam ją zanim zdążyłam się zastanowić, a potem o niej zapomniałam, ponieważ podświadomie uznałam, że w taką cenę z pewnością wliczone jest wszystko. Tak naprawdę chyba kupiłam z ciekawości, tylko po to, żeby się przekonać, jak też to WSZYSTKO wygląda. Ślady krwi i walki? Dziura po nożu na plecach? Kartka z zakupami, która zaczyna się od wyrazu żyletki, a potem jest już gorzej? Nic z tego. Nie ma plam, wyrwanej garści włosów w kieszeni, notatki RATUNKU wszytej pod podszewkę ani nawet uporczywego zapachu stęchlizny, który kilka razy udało mi się nabyć po okazyjnej cenie. Kolor trochę nie teges, ale to usterka z zupełnie innego repertuaru, której nie wypada mi się po prostu czepiać.

Kiedyś, kiedy byłam młodsza, wierzyłam, że na rzeczach, które nosisz, osiada zła energia. Nigdy nie więcej nie zakładałam ciuchów, w których spotkało mnie coś złego – wiecie – ktoś brutalnie zaproponował mi przyjaźń, pokłóciłam się z ojcem albo coś w ten deseń (w tamtych czasach inne problemy, nie licząc niechęci do życia, raczej się nie zdarzały).  Hołubiłam ten przesąd, podobnie jak wiele innych, przez bardzo długi czas, aż wreszcie (zimny racjonalizm P miał w tym zapewne swój udział) oduczyłam się tego, jak sądziłam, na zawsze.

Tego dnia, kiedy M dowiedziała się, że ma raka, miałam na sobie sztruksową spódnicę w kolorze trawiastej zieleni i ciepły czarny sweter, ponieważ tamten maj był jak na złość kiepskiej jakości. Miałam na sobie również przepiękne majtki z Intimissimi. Nie dałam rady ich wyrzucić, choć nie założyłam ich już nigdy, i nawet dziś, kiedy szukam po omacku rzeczy w szufadzie, omijam je tak, jakby tamten dzień zalągł się w nich jak mole.  Nie wyrzuciłam (choć nie założyłam więcej) także spódnicy, sweter za to pocięłam i oddałam outsourcingowym kotom M, czego do dziś żałuję. Był naprawdę ciepły, miał w środku polar,  a na dodatek w pasie wiązany był jak płaszcz. Tamtego roku nosiłam go prawie codziennie, i to już od marca. 

Pamiętam o nim zawsze, kiedy kupuję coś za cenę, która może zawierać wszystko.

Niemniej cieszę się tak czy tak.