Kryzys

No ale łatwo nie jest. Gruby kryzys przychodzi po 15. Szmiiiiiiiiiinkę – mówi – kup sobie szmiiiinkę. Albo maseczkę, kremik, szyfonową bluzkę ku chwale ojczyzny. Jesteś tego warta – mruczy kryzys –  raz się żyje, syczy kryzys – i tak nie masz kasy – dodaje wreszcie rzeczowo –  sto złotych w jedną czy w drugą nie zrobi najmniejszej różnicy. – Odejdź – mówię mu – nie będę z tobą rozmawiać. Kryzys znika potulnie jak grzeczny akwizytor, by po chwili pojawić się znowu z zupełnie nową ofertą. – Karta kredytowa – mówi z szerokim uśmiechem. – Podobno masz nie kupować nic W TYM MIESIĄCU, więc możesz zapłacić kartą. To będzie tak, jakbyś kupiła to za miesiąc i wszyscy będą szczęśliwi. Taki, rozumiesz, kompromis, wilk syty i owca cała.

– Spieprzaj – odpowiadam, czując przy tym wyraźnie, jak ziarno dywersji kiełkuje i jakaś część mojej woli przechodzi na stronę wroga.

Ale nie, nie, nie złamałam się jeszcze. I tak, z masochistycznym zacięciem zamierzam w dalszym ciągu relacjonować postępy w tej dziedzinie.