Koty pani Bauman. Opowieść druga: ZBYSZEK

Cesarzowa zmarła pod koniec marca 2002 roku. Jedyną rzeczą, jaką pamiętam z tamtego dnia, jest zimne szare niebo i rulon fioletowego papieru, który niosłam do domu owinięty w folię, deszcz ze śniegiem zacinający mi w twarz, rozmazany tusz, przemoczone buty. Ta śmierć nie była dla mnie wielkim ciosem, czymś osobistym, z czym musiałabym sobie radzić albo z czym mogłabym nie poradzić sobie wcale. Była jak śmierć przywódcy egzotycznego kraju o bardzo trudnej nazwie, którą oglądasz w TV, po czym wychodzisz na dwór, robisz kawę, czytasz książkę. Oznaczała koniec długiej epoki rządów twardej ręki i początek wolności, dzikiej, soczystej, uwodzicielskiej wolności, od której zielonych pól dzieliła mnie jedynie konieczność uczestniczenia w kilku oficjalnych uroczystościach.

M. zostawiła jej dom w takim stanie, w jakim Cesarzowa go opuściła i do dziś przychodzi tu tylko czasem, a wiszące na ścianach notatki Cesarzowej, kiczowate zdjęcia wiejskich pejzaży, za którymi tęskniła całe życie, wyrwane ze starych kalendarzy wyblakłe fotografie i walające się wszędzie popielniczki sprawiają, że aura Cesarzowej jest tu stale obecna, jej duch żyje w tym miejscu, a parter domu, w którym mieszkam, stanowi mauzoleum jej wielkiej i groźnej świetności.

Niemniej pod koniec tego roku M. znalazła gdzieś kota. To był późny listopadowy miot, z którego został tylko on. Mały łaciaty potworek, który, jeśli nacisnąć go mocniej, wypuszczał z jednej strony zabawny dźwięk pifffff, a z drugiej – porcję rzadkiej żółtej sraki. Nie wiem, czy miał wtedy miesiąc, czy jeszcze mniej. M. przyniosła mi go zafrasowana, z przeczuciem, że nie, nie, nie, nic z tego nie będzie. Zbliżał się Sylwester, miałam ferie, postanowiłam wziąć potworka do domu i wspaniałomyślnie sprawić, by jego mała łaciata śmierć zastała go w cieple i czymś na kształt czułości. Wsadziłam go do dużej fioletowej kosmetyczki, którą kupiłam, jadąc do Grecji rok wcześniej, i z niejakim zdziwieniem zauważyłam, że mieści się w niej nie tylko potworek, ale i termofor, w którym zmieniałam mu wodę cztery razy dziennie, kocyk oraz ręcznik. Następnego dnia, to musiał być wtorek, zawiozłam potworka do weterynarza w Falenicy. On, niski dziobaty facet o twarzy esesmana, który wbrew logice zawsze bardzo mi się podobał, wziął kota do ręki, spojrzał na wydobywającą się z niego żółtą srakę i zaproponował, że go uśpi. – Kot jest zjazdowy, proszę pani – powiedział. – Ale jeśli pani chce, żeby sobie odszedł w domu, może pani go zabrać. Ja tu nic nie pomogę – popatrzył na mnie przeciągle, jego oczy miały kolor rybiej łuski. Zabrałam więc kota do domu, zmieniłam mu wodę w termoforze i postawiłam pod kaloryferem w łazience, tam, gdzie było najcieplej. Przez całe ferie nosiłam go na rękach, zapakowanego od dołu w foliową torebkę, mówiłam do niego, trzymałam go na kolanach podczas długich godzin spędzonych na czytaniu, sprawdzając co chwila, czy oddycha. Oddychał przez kolejne 10 lat.

Zbyszek2_1

Po jakimś czasie z małej zimnej kluski zmienił się w normalnego, choć trochę słabowitego kota o permanentnie wysuniętych trzecich powiekach i ciągłej niedowadze. Nigdy nie nauczył się wskakiwać na karnisze ani otwierać klamek, nie nauczył się wielu rzeczy, które powinny umieć koty, ale wszystkie swe braki nadrabiał oszalałą czułością i siłą charakteru. Zbyszek, czuły terrorysta, musiał być w centrum uwagi, musiał być głaskany i trzymany na rękach, musiał spać, przytulony do mojej głowy swoim łaciatym łebkiem. Później, kiedy pojawił się P, Zbyszek pokochał obsesyjnie również jego i spał odtąd pomiędzy nami na plecach, chrapiąc głośno i poruszając łapkami w takt własnych łaciatych snów. Mój Boże, kiedy rok temu wróciłam do domu z jego martwym ciałkiem, pomyślałam, że teraz wreszcie jestem dorosła.

Zbyszek

Czasami żałuję, że to się tak skończyło. To był piątek, 1 lutego. Wróciłam z pracy zwalona jak nigdy i kiedy znalazłam go w łazience, oddychającego pyskiem jak pies, wiedziałam, jak to się może skończyć. Złapałam go na ręce, pobiegłam do ojca i poprosiłam, żeby mnie tam zawiózł. Zbyszek przez całą drogę miauczał rozpaczliwie jakimś dziwnym, nieswoim głosem, a ja głaskałam go po głowie, czując, że to ostatni raz. Nie chciałam, żeby umarł sam w łazience albo w kuchni w nocy, wtedy, kiedy będę w pracy, w sklepie, kiedy mnie z nim nie będzie. Czułam, że jestem mu winna tę śmierć, że to jest ostatnia rzecz, jaką mogę dla niego zrobić, i że to jest rzecz, którą zrobić powinnam, ponieważ jest dobra i szlachetna, ponieważ wymaga odwagi, a także odrzucenia swojego egoizmu, który siedzi w głowie i piszczy: jeszcze kilka dni, tak, proszę, proszę, jeszcze kilka dni.

Patrzyłam potem na całą tę procedurę tak jakbym była kimś innym, jakbym unosiła się nad sobą, widziała wszystko na filmie. Patrzyłam na to krok po kroku, podpisałam zgodę, i nie powiedziałam stop, pozwoliłam na to, żeby jego łaciate serce przestało bić, żeby z mojego  ukochanego czułego terrorysty zamienił się w chłodne ciałko zawinięte w ligninę i ręcznik. Nie zachowałam zimnej krwi. Zasmarkałam się do pasa rzadkimi gilami. Gadałam głupoty. Tarłam oczy wierzchem dłoni, rozmazując czarny tusz.

the art

[Kilka miesięcy wcześniej, zanim zaczął chorować, śniło mi się, że zabiłam go siekierą, właśnie jego, po to, żeby wiedzieć, że jestem gotowa na wszystko.]

Kiedy wróciłam do domu tamtego wieczora i położyłam go martwego na łóżku, P spojrzał na Helenę i powiedział – uważaj, ona ma już doświadczenie.

Płakałam i śmiałam się jednocześnie, ponieważ śmiech jest jedyną bronią, jaką dysponujesz, jeśli chodzi o śmierć.