kjhkhkjhkjh

W czasie studiów pracowałam w Linii. Sam fakt ujrzenia swego nazwiska w druku (pisałam je wówczas przez dwa n, chcąc tą dodatkową literą odróżnić swe nazwisko od nazwiska ojca i tym dotkliwie ukarać go za niezwracanie na mnie uwagi) napawał mnie radością porównywalną do tej, jaką czują zdobywcy Kosmosu. Pracując w Linii przez cały czas miałam poczucie niedosytu. Nie jestem dziennikarzem od kapusty, myślałam, uganiając się po wiejskich drogach za tematami i ludźmi, którzy zdjęci litością, chcieli ze mną rozmawiać. Marzyłam o tym, by pisać nabąblowane intelektem i skrzące się elokwencją teksty o Kafce oraz o Mannie, chciałam polemizować z – jak mi się naonczas zdawało – tuzami polskiej krytyki literackiej, za których miałam na ten przykład Krzysztofa Vargę i Pawła Dunina-Wąsowicza (pamiętajcie, że działo się to jakieś 12 lat temu). Kiedy więc – dziwacznym zbiegiem okoliczności – na mojej drodze pojawił się Notes Wydawniczy, posrałam się z radości jak świnia. Radość trwała dwa dni. Potem przyjechałam do Notesu i zostałam w nim przez rok. Napisałam jeden skrzący się elokwencją tekst, nad którym siedziałam cztery miesiące. Zrobiłam jeden elektryzujący wywiad (z Maciejem Malickim, szkoda, szkoda), a potem mi przeszło. To nie tak miało być, myślałam, zaprawdę, to nie do tego raju chciałam iść.