Kilka snów

Kilka dni temu śniło mi się, że szłam przez śnieg do Warszawy, niosąc na rękach Rudego Kota. Szłam tak długo, że Rudy Kot stopniowo zamieniał się w termofor, a potem, bardzo powoli, w breloczek wykonany z siana. Kiedy byłam na wysokości Bronowskiej, breloczek był już płaski jak filcowa zakładka do książki i patrzył oczami wielkimi jak dwa księżyce. Wrzuciłam go do foliowej torebki, zastanawiając się, czy ożyje, jeśli ogrzeję go w rękach.

Rok temu, kiedy Zbyszek zaczynał chorować, śniło mi się, że zabiłam go siekierą. Że musiałam to zrobić, ponieważ był moim ulubionym kotem i wiedziałam, że jeśli będę umiała go zabić, będę umiała wszystko. W zeszłym tygodniu śniło mi się, że przyszła do mnie Cesarzowa, usiadła w garażu, rozłożyła spódnicę w słoneczniki, paliła papierosy. Przybiegłam do niej z góry, ponieważ chciałam zobaczyć, jakie ma usta i jakie korale, czym pachnie, jak też jej się powodzi. – Czy już jestem tobą? – zapytałam – Nie, jeszcze nie jesteś – powiedziała, założyła nogę na nogę, zamknęła oczy. Jej powieki były odlane z wosku.

Mojej matce za to śnią się sny zupełnie inne. Jej śnią się koty, które spacerują u stóp drzewa, które jest drzewem i nią jednocześnie, i którego gałęzie są suche i czarne. Koty, które spacerują u stóp drzewa, są smutne. – Dlaczego jesteście smutne – pyta w tym śnie moja matka, która jest drzewem, i chociaż nie słyszy żadnej odpowiedzi, wie, że to przez jej kwiaty, które nie zakwitły. Kiedy koty układają się u stóp drzewa do snu, zachodzi słońce, a na suchych gałęziach siada stado ptaków. Koty zasypiają szczęśliwe, słońce ma kolor ognia albo pomarańczy.