Katar

Choruję jak facet. Jestem przekonana, że to, co wycieka mi z nosa, to mój mózg pełen zdań wielokrotnie złożonych, o tu, widzisz, misterne orzeczenie imienne, a zaraz za nim kilka koronkowych metafor, które trzymałam na specjalne okazje. Wszystko na marne, wszystko na nic, zatopione w glucie na wieki wieków amen. Nie mam nawet gorączki, o, ba, 37, a mimo to nie mogę znieść nikogo i niczego, rozczulam się nad sobą, dzielę na czworo każdy włos, a recesywne geny trudnych we współżyciu Baumanów zostały uaktywnione i urządzają sobie w mojej głowie festyn nie z tej ziemi. Nie jestem przekonana, czy świadomość własnych braków rzeczywiście mnie ocala (kto to wystąpił z taką teorią?) czy może wręcz przeciwnie –  usprawiedliwia wbrew logice. Kiedy mam katar, powinno się mnie zakneblować, związać, zamknąć w komórce bez okien i karmić witaminą C tak długo, aż przestanę gryźć, kopać i używać słów powszechnie uznanych za obraźliwe.

*

Skończywszy Cesarza wszech chorób, przerzuciłam się na Mistrza i Małgorzatę. I teraz uwaga – to pierwsza książka, którą czytam po raz drugi w życiu (nie licząc książek, które poprawiałam, redagowałam albo tych, z których przygotowywałam jakieś inne przetwory). Czytanie tego, co się już raz przeczytało, zawsze wydawało mi się jakby niehigieniczne. Bułhakow jest jednakowoż wart odstąpienia od zasad, tym bardziej, że z pierwszej lektury pamiętam tylko szary sweter, który wówczas nosiłam.

Ja zresztą w ogóle pamiętam niewiele i wybiórczo. Tylko niektóre zdania tętnią we mnie od lat wyjęte z kontekstu, jakbym powiesiła je sobie w głowie dla dekoracji.