Inwentaryzacja

Moje zamiłowanie do brązowych torebek zaczęło się przed laty wraz z  filmem o Wojowniczych Żółwiach Ninja.  Apriil O’Neil, stanowiąca dla mnie wszechstronną (bo poniekąd również zawodową) inspirację, nosiła brązowa torebkę na długim pasku – archetyp, który na przestrzeni dwudziestu kilku lat wyewoluował w paradygmat torebki wyznawany przez mnie dziś. Torebka ma być ogromna, brązowa, skórzana (genuine leather, sorry Winetou)  i bez względu na wszystko, ma wyglądać tak, jakby towarzyszyła mi na misji w Afganistanie.

Jeśli zapytalibyście mnie, ile mam takich brązowych torebek, odpowiedziałabym, że nie wiem. Jest ich na pewno więcej niż 5. Może 10, a może 20, nie jestem pewna, albowiem zbiór ten podlega stałej rotacji – bez przerwy kupuję nowe, sprzedaję stare, gubię je w z rzadka otwieranych szafach, nie używam, zapominam, chowam na lepszą okazję, oszczędzam na przyszłość. Nie wyobrażam sobie jednak innych. Czarna torebka to dla mnie szczyt nieporozumienia. Kupiłam taką kilka lat temu, po czym mój gust odrzucił ją jak źle dobrany przeszczep. Nie próbowałam więcej powtarzać podobnych eksperymentów.

*

W ostatnich tygodniach zauważyłam niepokojące zjawisko polegające na utracie równowagi pomiędzy wyjmowaniem z torebki a wkładaniem do niej. Nie wyjmuję nic, wkładam wszystko. Moja torba waży tyle co worek żwiru dla kotów, economy pack. Dziś rano znalazłam w niej kilkaset paragonów, biletów z minibusa, przedartych w połowie karteczek z notatkami, które odnoszą się nie wiadomo do czego, papierków od gumy do żucia, opakowań po kremach, których nie wyrzucam do śmieci w domu, ponieważ się wstydzę, skitranych kopert z allegro (nie wyrzucam – patrz: poprzedni punkt), a także całą masę ołówków, tamponów, pojedynczych owdowiałych kolczyków ze zgubionym zapięciem, kilka szminek, spinaczy do papieru, kosmetyczkę, z która przeżyłabym dwa lata na bezludnej wyspie, książki, kindla, dwa notatniki, kalendarz, pudełko bratka do zaparzania, prochy na cerę, rajstopy, lekarstwo dla psa mojej matki, pomidora, krople na kleszcze dla mojego psa, a także całą masę paprochów, organicznych resztek i dawno  już niehigienicznych chusteczek.

Bałaganiary są dobrymi kochankami.