Dziwny fragment

Ratując zawartość laptopa-zombie, znalazłam kawałek KRYMINAŁU, który zaczęłam pisać parę lat temu. Ku wielkiej uciesze wklejam go tu. Może powinnam się zastanowić nad jakimś ciągiem dalszym.

And that’s how the story goes: 


Nazywam się Lena Dańczyszyn i wiem, że każdemu jest przykro z powodu tego, co ma się wydarzyć. Nikt oprócz mnie nie wie jeszcze, co ma się wydarzyć, a i ja nie jestem nadal przekonana co do słuszności swojego wyboru. Drzewa za oknem gubią liście, na dworze unosi się zapach spalonej trawy. Słońce wstaje coraz bardziej zmęczone i podkuliwszy swój słoneczny ogon, w popłochu ucieka za widnokrąg. Przez miliardy lat wykopało tam sobie już przytulną norę, w której pachnie mokrą słoneczną sierścią. Zazdroszczę słońcu tej nory i ze smutkiem w oczach patrzę w stronę Wisły. Chciałabym schować się tam gdzie słońce, spleść dłonie z jego żółtymi promieniami, opalić włosy w jego złotym blasku. Niech mnie weźmie ze sobą. Niech mnie stąd zabierze.
Tymczasem zamiast słońca na ratunek przychodzi sen. To sen, w którym jestem piękna i w którym biegnę przed siebie. Las po obu stronach nachyla się nade mną i szepcze mi na ucho to, co ma najlepszego. Słowa lasu są jak małe różowe rybki. Wpływają do mojej głowy, a ona staje się lekka i powiewa na wietrze jak balon z gumy do żucia.
Wtedy czuję, jak odrywam się od ziemi. Fioletowe niebo nade mną przypomina rozpięty parasol, mam niejasną świadomość, że gdzieś tam, przede mną, płaski jak stół świat kończy się wodospadem. Kiedy odrywam się od ziemi, moje nogi są długie i opalone. Wiatr zabiera mi sukienkę, a ja nie przejmuję się tym i lekko, z uśmiechem, frunę przed siebie. Niosą mnie ręka w rękę – zielona euforia i podmiejski autobus, którego lusterko kurczowo trzymam w dłoni. Moja głowa jest pełna świetlików, nadzieja bulgocze w moim sercu jak kisiel. Wiem, że frunę do niego. Wiem, że on na mnie czeka. Wiem też, że to musi być sen, ponieważ w rzeczywistości to nigdy, przenigdy nie mogłoby się wydarzyć. Nie stworzono jeszcze świata, na którym coś podobnego byłoby możliwe. Nie powstał jeszcze z chaosu taki kosmos, nie poczęła się ziemia, której syn, (tu imię i nazwisko postaci) byłby w stanie mnie pokochać. Pokochać, o Matko Boska, czego ja w ogóle chcę, o czym ja myślę.
Tak, tak. Historia, którą mam w sobie, jest banalna. Zdarzyła się wcześniej w tak wielu wariantach, że ten, kto ją wymyślił pierwszy, powinien dostać nagrodę Nobla. Siadam przy stole z grubym zeszytem w linie. Siadam przy stole z zamiarem spisania tej opowieści słowo po słowie. Wierzę głęboko, że raz napisana, nie znajdzie mnie nigdy więcej. Nie ośmieli się wrócić i jakby nigdy nic zapukać do moich drzwi, wpełznąć oknem, wcisnąć się w moje życie żadnym przewodem wentylacyjnym, żadną ściekową studzienką. Nazywam się Lena Dańczyszyn i wiem, że każdemu jest przykro z powodu tego, co ma się wydarzyć.
Kiedy Lena Dańczyszyn, ubrana w gruby sweter i bawełniane legginsy, z ciemnym bólem w głowie zapisuje pierwsze słowa swojej opowieści, (imię i nazwisko postaci) siedzi tuż obok niej, zupełnie jak we śnie. Jego włosy są jak zboże w lipcu, jego oczy są zielone, jego usta są wąskie. Napisy na jego bluzie przypominają dzikie winorośla. Lena patrzy na niego, jakby chciała się upewnić, że on tu naprawdę jest. Jest z nią, patrzy na nią, uśmiecha się delikatnie zupełnie jakby poznał jej tajemnicę, pozjadał wszystkie słowa, obejrzał wszystkie obrazki, wiedział o życiu i śmierci to, co wiedzą pręgowane koty i stare kobiety. Lena wyciąga do niego rękę, ma czerwone paznokcie, pierścionek na palcu, ślad po zadrapaniu. Głaszcze go po kolanie i wraca do pisania. Potrzebuje od czasu do czasu takiego dotknięcia, ponieważ tylko w ten sposób jest w stanie przekonać się, że to wszystko (wszystko, wszystko!) dzieje się naprawdę. Po dwóch godzinach pisania Lena odsuwa krzesło, wstaje powoli, podnosi głowę. Jej włosy spadają na plecy jak złota peleryna. Lena podchodzi do stołu, nalewa wody do czajnika, wyjmuje herbatę z puszki. Puszka jest czarna i zimna jak ból w jej głowie. Na wypukłym wieczku rysunek błękitnej orchidei.
- Herbata? – pyta Dominika, chociaż i tak zna jego odpowiedź. To nie jest dobra pora na picie herbaty. Herbata wytrąca z równowagi, przyspiesza bicie serca, nie, nie, w tym momencie Dominik nie ma na to ochoty. Później, przy kolacji. Lena i tak robi dla niego herbatę. Po prostu, na wszelki wypadek. Tak, żeby nie poczuł się oszukany. Obiecała mu przecież, że będzie o niego dbała. Niczego mu nie zabraknie. Będzie opływał w dostatek, a ona codziennie rano będzie chodziła do sklepu po bułki, mleko, gumę do żucia Orbit.
No i faktycznie, chodziła. Wstawała wcześnie, kiedy on jeszcze spał. Zakrywała jego jasną głowę brzegiem kołdry. Zasuwała ciężkie kotary tak, żeby nie budziło go słońce, wyłączała budzik. Odganiała koty, które przychodziły codziennie patrzeć na niego z rosnącą ciekawością. Ta kocia ciekawość jest irytująca, myślała Lena, to obwąchiwanie, drapanie, wspinanie się, ugniatanie, parskanie i prychanie, szarpanie włosów i jedzenie much.
 Lena codziennie rano uchylała okno i wypuszczała na zewnątrz koty, a potem wkładała czarny płaszcz, kalosze i wychodziła do sklepu. Kupowała dla siebie pomarańcze i ogórki, bułki z nasionami, wodę mineralną. Dla Dominika zawsze chleb, czasem masło – koniecznie to w kubeczku, masło w papierze nigdy nie rozsmarowuje się tak, jak powinno. Dżem z ananasów. Makaron i oliwki, jeśli wieczorem planowała, że zjedzą coś lepszego. Kiedy wracała do domu, on już przeważnie nie spał. Nie mówił do niej zbyt wiele, ponieważ w ogóle mało mówił. Lena uważała, że prędzej czy później to się zmieni. Że przyzwyczai się do nowej sytuacji. A jeśli nawet nie, to w sumie nic takiego. Sama nie była przecież szczególnie rozmowna. Ani towarzyska.
*
- Lena Dańczyszyn? – K. podnosi głowę znad laptopa, widzi przez chwilę nieostro, ale już za moment jej oczy odzyskują sprawność. – Chodziłam z nią do szkoły. – Naprawdę ma na imię Stanisława. Co z nią?
- Mamy od niej historię życia, weźmiesz? – mówi W., rozpięty sweter, na brzuchu plama po kawie, siwe włosy jak wodorosty spływają po ramionach. Z W. jest źle, przechodzi K. przez głowę, wygląda na to, że wszystko do niego wróciło, siedzi mu na piersi nocą i ziaje jak głodny pies. Kiedy W. wygląda ze swojego pokoju, plakat na drzwiach przechyla się jak wahadło, kilka osób podnosi wzrok znad papierów, ktoś włącza ekspres do kawy, na ulicy samochód hamuje z piskiem. Siwy gołąb siedzi na parapecie.
Nie potrafię pisać, myśli K. Cokolwiek napiszę, odrywa się od papieru i szybuje wysoko jak wielka rozdęta ropucha. Powinnam pozostać przy spisywaniu swojego żyćka dzień po dniu, takie było moje powołanie. Wszystko, co czytam, brzmi teraz tak, jakbym pisała to lewą ręką, bez sensu, bez jaj, bez polotu. Nie potrafię złożyć historii, nie potrafię nanizać na nić narracji drobnych korali sobót, niedziel, wtorków o wyszczerzonych zębach. Opowieść pruje mi się niechlujnie, a ja używam swego powołania tylko po to, by zręcznie wiązać na niej supły, by przytrzymywać jej wątłe ściegi egzaltowanymi przymiotnikami, by łapać ją zębami, ratować za wszelką cenę, zawracać, kiedy ucieka w pole.
- Tak – mówi K. – Wezmę. Ekspres do kawy krztusi się pianą, drzewo za oknem wygraża jej pięścią. W. trzyma w dłoniach notes w skórzanej okładce spiętej czerwoną gumką. K. wyciąga rękę i kładzie go na biurku. Notes upada głucho, ktoś w pokoju chrząka, K. patrzy na drzewo, na swoje ręce, na czarną okładkę notesu.

Photo credit: fiddle oak / Foter / CC BY-NC-SA

1 Thought.

Comments are closed.