Dziki

No bo wiecie, ja teraz muszę karmić dziki. Każdego dnia wyruszam pod wiatę jak do Afganistanu. Wychodzę na misję z dwiema butelkami mleka, z pudełkiem suchej karmy i pudełkiem karmy namoczonej. Na paluszkach obchodzę rejony zamieszkałe przez dziki, dzikowe nory, domki, opuszczone psie budy zaludnione przez dzikowe mamy i ich dzikowe dzieci. Nalewam mleka, nadużywam brzydkich wyrazów, a dziki odwdzięczają mi się wieloma atrakcyjnymi upominkami. Na przykład martwym kretem (wiecie, jak trudno jest odróżnić MARTWEGO KRETA od MARTWEGO KOTA?) albo martwym czymś jeszcze, czemu przyglądałam się dziś uważnie przez kilkanaście minut, by wreszcie dojść do wniosku, że NIE, do identyfikacji potrzeba mi przynajmniej 75 % głowy.
Kto mi zrefunduje moje straty moralne.