Dziewczynka w Czerwonej Sukience

Szukając książki od francuskiego, znalazłam dziewczynkę, która była mną. Leżała zwinięta w biurku, w stumilowym lesie, pomiędzy pudełkiem pierwszych pigułek, które powodowały, że zwijała się z bólu przez siedem dni w miesiącu, a plikiem zdjęć z Kazimierza, na których uśmiecha się nieśmiało spoza swoich czterdziestu czterech kilogramów. Poczułam się, jakbym porządkowała rzeczy po kimś, kto dawno umarł. Jakbym wróciła po latach i podglądała z daleka kogoś, kogo kochałam i kogo musiałam porzucić. Kiedy miałam 21 lat, dziewczynka zniknęła za zakrętem drogi w wytwornej trumnie z jesionowego drewna, z welonem na głowie, z długimi włosami koloru naturalnego miodu. Ona czytała Czechowicza i Wojaczka. Pisała o miłości fioletowym atramentem. Pisała do siebie, ponieważ, podobnie jak ja, musiała o czymś napisać, aby móc to zrozumieć. Któregoś dnia, to był kwiecień, ścięła włosy. Było ich tak dużo, że zapchały kibel. 
Chciałabym choć na chwilę móc znaleźć dziewczynkę, która była mną. Usiąść przy jej wielkim, wielkim łóżku, obok którego stał pęk białych tulipanów. – To są te kwiaty? – zapytałabym, a ona, zmarznięta i sina, ogolona na łyso, schowałaby głowę w moich-swoich piersiach. Czułabym pod palcami, jaka jest delikatna, jak misternie spleciona, czułabym jej ostry kręgosłup przez wszystkie warstwy ubrania, czułabym, że jest jak dziecko, jak zagubiony kociak. Czułabym, że od dziś już nigdy nie przestanę jej kochać i nie przestanę także chcieć być taka jak ona.
Powiedziałabym jej, że cokolwiek się stanie, wszystko będzie dobrze. Że to, co nam się przydarza, jest jak ślad wydeptany w zbożu. Że sensowny wzór możemy zobaczyć dopiero z oddalenia. Że choćby wszyscy o niej zapomnieli, zawsze będzie w moich snach upragnionym gościem. Że włosy rosną szybko. Że zawsze będzie miała w moim sercu swój mały pokój do pisania.