Crazy cat lady

Najdroższe kosmetyki, które mam, te, w których wykorzystano plon badań nad bronią jądrową oraz podbojem kosmosu, służą mi do tego, abym je miała. Ja ich nie używam. Płacąc za nie, kupuję swej urodzie niezwykły potencjał, a potem, leżąc w łóżku o trzeciej w nocy, myślę sobie, ach tak, mogłabym być piękna, tylko mi się nie chce. Wiecie, to jak z dziećmi, które zapewniają się wzajemnie o tym, że przed lataniem powstrzymuje je wyłącznie niechęć do wzbudzania w bliźnich zawiści.

Trzeba mnie widzieć, jak kupuję te kosmetyki, jak naciskam kup teraz niczym guzik atomowy, z zamkniętymi oczami, z zaciśniętymi szczękami, jak wstaję od komputera i lecę do łazienki i sprawdzam, czy od tego kup teraz cera już świeci mi blaskiem księżyca nad szczytami Karpat.

A potem wiecie, znajduję to wszystko pod lodówką. Śmiertelnie drogie tubeczki, smukłe buteleczki śpiewające cienko o swych obietnicach, szminki, tusze, kremy – wszystko to obrośnięte sierścią, w towarzystwie zabitych z precyzją psychopaty myszek z plastiku, rozmemłanych kawałków chleba, wysuszonych na wiór much i mnóstwa kolczyków, o których myślałam, że nigdy ich nie zobaczę.