Cesarz wszech chorób

Z zamiarem napisania o tej książce woziłam się od kilku tygodni i zawsze coś wydawało mi się ważniejsze, ciekawsze, bardziej ponętne albo efektowne. Inaczej jeszcze: wszystko, co ma wydźwięk negatywny i o czym mogę powiedzieć, że jest do dupy, stanowi dla mnie zawsze atrakcję pisarską stokroć większą niż to, co jest dobre, piękne i potrzebne.  Tak jak ta książka. Wydana przez Czarne, licząca bite 600 stron, porywająca w sposób absolutny.

cesarz-wszech-chorob-b-iext23233896

Ależ oczywiście, Sa, jasne, co kto lubi.  Książka o raku? Serio? Powaliło cię? Kompletnie się stoczyłaś? Dawno nie miałaś doła?Ano właśnie nie – nie o to chodzi, nie tym razem. Ta książka nie ma nic wspólnego z moimi turpistycznymi pasjami i tanatycznymi zainteresowaniami, pośród których rak na odcinkach prostych pedałuje w żółtej koszulce lidera.  Cesarz wszech chorób to jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w ostatnim roku, a może i w życiu (poza Mantel).

2011_12$largeimg212_Dec_2011_163617490

Jej autor, amerykański onkolog o hinduskich korzeniach, filmowej urodzie oraz erudycji, która ścina bezpardonowo po pierwszych dwóch stronach lektury, wykonał przeogromną pracę, przekopał historię amerykańskiej oraz światowej onkologii i sprasował ją w książkę, która trzyma w napięciu jak powieść, kusi wirtuozerią stylu, fascynuje ogromem informacji i faktów, a jednocześnie sprawia, że zaczynasz myśleć inaczej nie tylko o raku, perpetuum mobile, chorobie nieśmiertelnej,  metaforze ludzkiego dążenia do doskonałości, ale również (a raczej przede wszystkim) o kiksach i absurdach ludzkiej cywilizacji. Loty na księżyc, bomba atomowa, czerwone kabriolety i elektryczny odkurzacz w porównaniu z odkryciem herceptyny najogólniej rzecz ujmując, wymiękają. Ja nie wiem, czy to jest dokument, czy esej, czy dziennik pasji autora, nie umiem wrzucić Cesarza do żadnego ze znanych mi worków. Wiem tylko, że jeśli ktoś mnie zapyta, co przeczytać, polecę mu to natychmiast.

Oczywiście, jeśli ktoś choć przez chwilę stał obok podręcznika historii medycyny, wie to wszystko doskonale i słyszał to dwadzieścia razy. Nie dziwi go fakt, że kilkadziesiąt lat temu w nad wyraz rozwiniętej Ameryce pacjentom leczonym cis-platyną zdarzało się umierać, zarzygawszy się na śmierć (co robili wtedy pacjenci w Polsce, nie mam pojęcia i chyba mieć go nie chcę). Wspomnianą wcześniej herceptynę zaczęto stosować w leczeniu raka piersi pod koniec lat dziewięćdziesiątych (!!!), a tamoksifen, do którego modlą się dziś kobiety na całym świecie, wynaleziono przez przypadek, poszukując skutecznej pigułki antykoncepcyjnej „po”. I uwaga – nie tylko zlekceważono go, jako lek nieskuteczny w zapobieganiu ciąży, ale najzwyczajniej w świecie odstawiono na zapyziałą laboratoryjną półkę na kilka dobrych lat. Więcej wyimków? Proszę, przytaczam je z pamięci. Jedną z pierwszych chorych na raka znanych historii z imienia, była perska królowa Atossa, matka Kserksesa, która nakazała swemu niewolnikowi odciąć chorą pierś i przeżyła (okej, przynajmniej zabieg). Na początku ubiegłego wieku na porządku dziennym było nieinformowanie pacjentów o tym, że biorą udział w eksperymentach medycznych, a dzieci chore na białaczkę trzymano w najciemniejszych zaułkach szpitali, w piwnicach i zakamarkach, by ich widok nie wpływał negatywnie na  samopoczucie innych. Oczywiście, pamiętam to, co wstrząsające albo obdarzone dla mnie jakimś głębszym sensem (czyli dotyczące raka piersi). Zapewniam jednak, że książka w całości, strona po stronie, inkrustowana jest tak ogromną ilością faktów, ciekawostek, informacji i schludnie wplecionych dygresji, że, pomimo objętości, pochłania się ją w trzy dni, chcąc jeszcze więcej i więcej.  Jestem czytelnikiem kapryśnym i niecierpliwym, szybko się nudzę i jeszcze szybciej zniechęcam, ale tu – i mówię to z pełnym przekonaniem – tu nie ma płytszych miejsc, narracyjnej ślizgawki, nie ma sztuki dla sztuki ani medycznej glątwy. Totalne arcydzieło, powiadam wam. Arcydzieło totalne.