Całkiem inna historia

Tak, tak. Jest taka miłość, o której chyba nigdy jeszcze, nie wiedzieć czemu, nie mówiłam publicznie. Odkąd pamiętam, od dziecka, fascynowały mnie opuszczone domy. Nigdy nie miałam odwagi, żeby do nich wchodzić, robić zdjęcia, wyłamywać drzwi, o nie, nie, nic z tych rzeczy, skąd znowu. Moja miłość do starych domów zawsze była lękliwa, dziewczyńska, po trosze platoniczna, niezdolna do rękoczynów i pełna uwielbienia. Wszystkie te miejsca były dla mnie w pewien sposób święte, a przedmioty, nieszczęśliwe rekwizyty codzienności, zaśniedziałe  łyżki, omszałe  talerze, gazety obrócone w proch i  krzesła pozostawione tam, gdzie akurat przestały być potrzebne, wzbudzały we mnie żal i coś na kształt niezrozumiałej tęsknoty.

Każdy dom z wyłamanymi drzwiami, z roztrzaskanymi oknami, z przewróconym stołem wewnątrz to dla mnie opowieść napisana w dialekcie, którego nie znam, ale który rozumiem tak jak się rozumie płacz w każdym języku świata. To traktat o śmierci i niespełnieniu, historia bez hepi endu, sanktuarium zawiedzionych nadziei, zmarnowanego życia, tego wszystkiego, o czym myślę nocą z szeroko otwartymi oczami, nie mogąc złapać oddechu. Nie wiem, oczywiście, nie wiem, jaką opowieść niosą w sobie opuszczone domy, dom na Ciekawej, dom na Strzygłowskiej, dom na Trakcie Lubelskim, do którego jeden jedyny raz w życiu pozwolono mi wejść. A mimo to coś na samym dnie mojej duszy rozumie każdą z tych opowieści  i uczestniczy w niej z całej siły. Jakby każdy z tych domów był lustrem dla tego, czego się boję. Wiecie, to tak jak z tymi wszystkimi smutnymi wierszami i piosenkami. Bez względu na to, o czym naprawdę są, zawsze są o tobie i twoim złamanym sercu.

Patrzę w okna tych domów zachłannie, z nadzieją, że pewnego dnia nauczę się ich śpiewnego narzecza, że zrozumiem więcej niż same chcą mi zdradzić. Chciałabym wiedzieć o nich wszystko, otworzyć je dla siebie, wyczytać z nich banalne historie o obłąkanych kobietach, które zamiast dzieci hodowały koty. Czasami pytam o to przechodniów, czasami pytam sąsiadów, w skrajnej desperacji posuwam się do tego, by nagabywać obcych ludzi, dzwonić do ich drzwi w sobotnie popołudnia, przepraszam bardzo, nie wie pan/pani, co tu kiedyś było? Kto tu mieszkał, kto sadził róże w ogrodzie, kto umieścił na dachu śmiesznego kogutka z blachy, kto postawił kapliczkę, z której uciekła madonna? Niestety, nikt nigdy niczego nie wie, nikt nigdy nie ma pojęcia. Ludzie idą przed siebie szybko w grubych szarych ubraniach, mieszkają tu od niedawna, nie rozmawiają z obcymi, nie chcą się wdawać w szczegóły, niech pani przyjdzie później. Nie obchodzą ich stare domy żeglujące w wieczność z oknami uchylonymi jak usta, nie obchodzą ich dzikie jałowce i ogrody, których zielona tkanka uległa zezłośliwieniu i wypuściła kolce broniące dostępu obcym.

Dlaczego w sumie miałyby ich obchodzić, to kompletnie bez sensu, nie ma w tym żadnej logiki poza dziwaczną i trudną do zrozumienia, obecną we mnie od zawsze pokrętną logiką litości.